-Ślicznie wyglądasz... mówię szczerze do spotkanej koleżanki.
-No co ty, to stara sukienka, poza tym przytyłam ostatnio, zobacz jakie mam zmarchy ...
Taka reakcja to nie ewenement, to raczej klasyk.
Mężczyźni często dają sobie taryfę ulgową. Są bardziej pewni siebie, nie podkreślają mankamentów swojej urody czy sylwetki i nie czują presji odchudzania czy też odmładzania się. Mężczyzna, nawet jak mu czegoś brakuje, to on zawsze jest dobry. Nawet jak nie jest doskonały, jeżeli chodzi o zgrabność, to mówi, że dopiero co się najadł i dlatego akurat jego "kaloryfer" nie wygląda idealnie. Natomiast jego łysina jest po prostu sexy. A kobieta???
Kobiety mają dużo więcej kompleksów niż mężczyźni...mogą być piękne, zgrabne, zadbane, bardzo wykształcone ale i tak narzekają:
ojej, zrobiły mi się tu zmarszczki, a tu mam cellulit, ojej, przytyłam i mam oponkę, muszę to i tamto i dziesiąte...
Często mam nieodparte wrażenie, że zbyt wielu kobietom brak pewności siebie, brak poczucia wartości i co gorsza często jest to absolutnie nieadekwatne, pozbawione rzeczywistych podstaw przekonanie. Tymczasem bez poczucia własnej wartości i akceptacji siebie - ani nowa sukienka, ani botoks czy zabiegi upiększające, ani mordercze ćwiczenia na siłowni, ani skakanie do utraty tchu w rytm Zumby niczego nie zmienią... nie pomogą. Dalej będziesz kobieto czuła się niedoskonała albowiem wszystko siedzi w naszej głowie. I to od niej należy zacząć "upiększanie".
Oczywiście w samym dbaniu o siebie nie ma nic złego, ale często sprowadza się ono do przesadnego dążenia do wyretuszowanego ideału, który przyciąga wzrok w mediach społecznościowych czy na okładkach kolorowych czasopism. I wtedy w wielu przypadkach okazuje się, że można przesadzić, że osiągnięty efekt jest karykaturalny. Oczywiście jeśli mamy dobrze się z tym czuć, to czemu nie. Wszystko jest dla ludzi, ale nie powinnyśmy się zmieniać w kogoś innego, tylko po prostu korzystać z tych dobrodziejstw, żeby nie zmieniać urody, ale żeby po prostu ją tylko troszeczkę poprawić, żeby wyglądać świeżo.
Moja znajoma jako młoda, naprawdę piękna, z niebanalną urodą dziewczyna weszła w romans z medycyną estetyczną. I nie umiała , a raczej nie chciała go przerwać, no bo ciągle coś wymagało korekty: a to biust, a to usta glonojada, a to owal twarzy itd. itp . Pracowała ciężko i wszystko szło na "dopieszczanie" wizerunku. Efekt ? Gdy po kilku latach ukłoniła mi się na ulicy nie rozpoznałam jej. Przestraszyłam się tej nienaturalnej, dziwnej twarzy "kosmitki". Aktualnie to jest zupełnie ktoś inny ... nie wiem czy coś poszło nie tak , czy to efekt przesady , ale jedno jest pewne po dawnej urodzie nie ma śladu.











