wtorek, 3 lutego 2026

Istnieć znaczy zmieniać się, zmieniać się to dojrzewać...

 

Zdarzają się takie chwile kiedy wycofujemy się z działania bo potrzebujemy tymczasowego odizolowania się, przetrawienia czegoś, by np. poradzić sobie z trudnościami albo dojść do ładu z samym sobą. Świat zewnętrzny przygasa, mniej nas zajmuje. Potrzebujemy spędzać więcej czasu w samotności, życiowe tempo zwalnia na jakiś czas. Niby nic się nie zmienia a jednak, w środku nas tyle się dzieje. Niczym gąsienica w stadium kokonu chowamy się i przykrywamy warstwą ochronną po to, aby móc wewnątrz siebie przejść jakąś ważną dla nas, niekoniecznie zawsze spektakularną, ale jednak ważną, transformację. Nie ma w tym nic złego, to naturalny proces poznawczy nim przejdziemy do działania, najpierw potrzebujemy etapu kontemplacji. Oczywistym jest, że każdy pokonuje ten etap w indywidualnym tempie. Dobra wiadomość jest taka, że w kokonie nie da się być wiecznie – z czasem następuje powrót do życia w formie mniej lub bardziej dojrzałego motyla ... 😊


Zimowanie - dobry czas na rozwój osobisty i regenerację

 

Czas hibernacji 

półmartwe zimowanie  

regeneracja...   

/moje haiku/

 Śnieg, mróz, szare dni to zdecydowanie nie moje klimaty. I dlatego niemal codziennie muszę przypominać sobie, że zima nie musi być tylko czasem "przetrwania" nawet gdy dłonie grabieją a zziębnięte myśli zastygają w sople. Z trudem ale motywuję się do różnych aktywności  by "nie zgasnąć". Nie musi być to zawsze aktywność fizyczna. Tłumaczę sobie, że zima może być po prostu inną wersją normalności – z tym samym rytmem dnia, ruchem, światłem i dbałością o podstawy mojej codzienności. Co prawda bez fajerwerków ale i bez hibernacji. No i bez udawania, że wszystko samo wróci niczym bociany na wiosnę. W tych staraniach podpieram się też nadzieją. Bowiem po przesileniu zimowym dzień staje się coraz dłuższy. A wydłużenie to jest już wyraźnie zauważalne i każdy dzień jest dłuższy od poprzedniego ...zatem przyroda zmierza ku wiośnie i niedługo nadejdą te, tak wyczekiwane przeze mnie cieplejsze dni...

piątek, 30 stycznia 2026

Być dobrym ale bez przesady ...


 Chcemy być postrzegani jako dobrzy ludzie i nie ma w tym nic złego, jednak czasem to "bycie dobrym", wymyka się nam spod kontroli.  Zatem z czego wynika ta nasza nadmierna chęć bycia dobrą/dobrym dla wszystkich. Z punktu widzenia psychologii podłożem są często deficyty z dzieciństwa i wyniesione zeń wzorce (np. warunkowa miłość rodziców, która dała przekonanie, że trzeba na nią zasłużyć, że jestem dobry tylko wtedy gdy inni są ze mnie zadowoleni ). Z braku asertywności i strachu przed konfliktem, z których wynika uległość i mówienie ludziom tego, co chcą usłyszeć, zamiast własnego zdania. Z przekonania, że trzeba być idealnym, aby zasłużyć na akceptację itp. Zatem chęć bycia zawsze i dla wszystkich dobrym wynika zazwyczaj z naszego lęku przed odrzuceniem i  samotnością, wynika też z niskiej samooceny oraz silnej potrzeby aprobaty. Krótko mówiąc nasze "deficyty", których nie jesteśmy świadomi, bądź nie chcemy być sprawiają, że stajemy się takimi zadowalaczami innych. Co w konsekwencji często prowadzi nas samych do wypalenia emocjonalnego, ignorowania własnych potrzeb. A towarzyszący temu lęk przed byciem postrzeganym jako osoba egoistyczna sprawia, że brniemy w to... coraz bardziej. Finalnie gdy czujemy się już  jak "rozładowana bateria" odczuwamy żal, mamy poczucia krzywdy, czujemy się wykorzystani i zranieni faktem, że nasza dobroć nie znajduje godnego uznania, że świat się nie odwdzięcza tym samym... i nasze dobro do nas nie wraca. Czujemy się zawiedzeni i rozczarowani ludźmi wokół nas. Czy słusznie ? Niekoniecznie, bo prawdziwa wdzięczność i "powrót dobra" rodzą się z bezinteresownego pomagania, a nie z oczekiwania nagrody.  A my przecież mając swoje niedobory, niedowartościowania oczekiwaliśmy tej "nagrody" pod postacią akceptacji , uznania, doceniania, zauważenia nas przez innych. Zamiast zmienić perspektywę i skupić się na budowaniu własnej wartości i akceptacji siebie, szukaliśmy potwierdzenia swojej warości w innych... bo nie mieliśmy jej w sobie. Trudno też nam było zrozumieć, że inni widzą nas tak, jak my sami siebie widzimy, że nasze wewnętrzne przekonania o sobie – niska samoocena lub pewność siebie – są nieświadomie projektowane na zewnątrz i odzwierciedlane w zachowaniu innych ludzi wobec nas. Jeśli nie szanujemy siebie  inni też nas nie szanują - proste. Gdy nigdy nie pokazujemy "zębów"... wszyscy zakładają, że ich nie mamy. Każde " TAK " dla innych to " NIE " dla siebie. A jeśli rozdajemy to "TAK" /bez ograniczeń/  wszystkim, sami koniec końców zostajemy z niczym. Tak naprawdę ludzie nie widzą naszego serca, tego co czujemy. Widzą obraz, który im pokazujemy. Inni ludzie traktują nas dokładnie tak, jak my sami traktujemy siebie, często bez słów odbierając naszą energię i postawę. Jeśli wyglądamy na słabszych nikt nie doceni naszej dobroci. Będą nas lekceważyć ignorować, wykorzystywać, traktować jak narzędzie. Większość widzi kim się wydajemy... niewielu widzi kim jesteśmy naprawdę. Dlatego używajmy dobroci strategicznie /jak broni a nie jak tarczy/, pokazujmy dobroć wtedy gdy tego chcemy a siłę wtedy gdy musimy.  Dobroć, uczciwość, hojność to wszystko są cnoty ale jeśli używamy ich ślepo i w nadmiarze one nas niszczą. Tak to już jest, że to co rzadkie jest cenne to co obfite traci wartość... 


piątek, 23 stycznia 2026

Bycia babcią też trzeba się nauczyć...

 


Często słyszę, że wnuki kocha się bardziej niż własne dzieci. W takim razie ja jestem inna i tego nie zmienię. Szczerze ? Zastanawiam się jak w ogóle można tak powiedzieć? A może to efekt nieprzepracowanych relacji z własnymi dziećmi u osób, które tak twierdzą? Moje dzieci były i są moim największym skarbem. Wnuki są przede wszystkim skarbem moich dzieci. A to znaczy, że nie próbuję zagrabić sobie ich skarbu. Kochając i szanując swoje dzieci w naturalnej konsekwencji kocham też ich dzieci a moje wnuki ale to nie oznacza żadnego "bardziej". Będąc babcią, dodajmy do tego nie jedyną w rodzinie a i wśród znajomych także...siłą rzeczy mam dość szerokie pole obserwacyjne. I zauważam w zachowaniu tychże babć dziwny trend do rywalizacji. Rywalizują o sympatię wnuków, rywalizują między sobą o miano tej "lepszej",  często rywalizują też i z rodzicami dzieci. Nie wiem czy te babcie nie zrealizowały się w swoim czasie macierzyńsko?  Czy może wynika to z jakiegoś problemu natury psychologicznej, który należało by przerobić na kozetce u psychoterapeuty? A może ta rywalizacja wynika z chęci dominacji, z zazdrości o relacje z wnukami, z poczucia bycia "tą lepszą" a może  z kompleksów, z lęku przed odrzuceniem, z chęci bycia potrzebną?  Nie wiem... pewnie każdy taki przypadek należy traktować indywidualnie. Wiem jedno, takie zaślepione babcie przepełnione tzw. "małpią miłością" są jak "odbezpieczony granat". Mniej lub bardziej świadomie wyrządzają i wnukom i ich rodzicom ogromną krzywdę. Ich działalność w rodzinie prowadzi do kłótni, napięć, wybuchów złości i poczucia bezradności u rodziców. One potrafią zepsuć relacje w całej rodzinie.  Kluczem wydaje się być wyznaczenie im jasnych granic...  

wtorek, 20 stycznia 2026

Stawanie się jest lepsze niż bycie - Carol Dweck...


 Czasami usiłuję przywołać z otchłani zapomnienia tą "dziewczynę z przeszłości", którą byłam. Tęsknię za nią, chciałabym ją przytulić. Brakuje mi jej szczerego śmiechu, spontanicznej radości, energii, wiary, ufności z jaka podchodziła do świata i ludzi itd. Patrzę na nią, na tą niewinną i bezbronną istotę z współczuciem  bo znam ciąg dalszy jej historii, bo byłam naocznym świadkiem tego jak "walec życia" ją rozjechał. Chciałabym móc do niej wrócić ...wrócić do tamtej siebie.  Tylko czy, można wrócić do "dawnej siebie"?  W jakimś stopniu może i można ... ale z całą pewnością nie jest to niemożliwe w 100%.  Bo jesteśmy zmienni. Z biegiem lat, z biegiem dni po prostu zmieniamy się... życie nas rzeźbi. Zdobywana wiedza, doświadczenia nanoszą swoje korekty, relacje narzucają swoje poprawki itd. Zatem to oczywiste, że powrót do tej "dawnej siebie" zgodnej z "pierwowzorem" jest niestety mrzonką. Ale istnieje inna możliwość. Możliwość odnalezienia siebie na nowo, w wersji wzbogaconej o zdobyte doświadczenia, z możliwością odzyskania utraconych elementów lub odkrycia swojej nowej, lepszej wersji siebie. Jestem pewna, że tą nową wersję siebie też da się polubić ...


sobota, 17 stycznia 2026

Życiowe burze ...


 Życiowych burz doświadcza każdy, czy tego chce, czy nie. Tyle, że gdy takowa rozszaleje się akurat w naszym życiu nie myślimy wtedy o innych, o tym co przeżywali lub przeżywają. Myślimy o sobie - o tym, że  wszystko, co najgorsze spotkało właśnie nas! Wpadamy w rozpacz, cierpimy tak, że wydaje się, że bardziej już nie można. Targani skrajnymi emocjami, uważamy się za strasznie nieszczęśliwych i tak też się wtedy czujemy. Miotamy się, histeryzujemy, przestajemy trzeźwo myśleć, naszym oczom umyka to co istotne. Wpędzając się w chaos emocjonalny wcale sobie nie pomagamy. A przecież nie każda burza jest tego warta. Cóż, są w naszym życiu takie burze, inaczej - bolesne doświadczenia, kryzysy, które sporo niszczą. To te wszelkie niesprawiedliwe wydarzenia, trudne momenty, zranienia, traumy, które zostawiają w nas ślad trudny do zrozumienia, zaakceptowania i uznania, jako coś..."wzmacniającego". Bowiem  nie z każdego takiego wydarzenia można wynieść coś pozytywnego - są takie, które co tu dużo mówić rozwalają nam życie, które potem musimy od nowa poskładać. Jednak nie wszystkie burze to nawałnice siejące totalne zniszczenie. Większość z nich owszem przytłacza, przeraża, by w ostateczności oczyścić to, co wokół nas. I takie burze - kryzysy mogą być także szansą na zmianę. Kryzys to szansa na oczyszczenie naszego życia, na zatrzymanie się, spojrzenie, na to, co działo się wokół nas z innej, nowej perspektywy. Często przeżycie życiowej burzy pomaga zrzucić z nas to, co nas obciąża. Często jest pierwszym sygnałem, kiedy zaczynamy widzieć perspektywę zmiany. A z czasem i katalizatorem do zmian, które zbliżają nas do takiego życia, jakim chcemy żyć.  Innymi słowy są burze, które wiele niszczą, ale są i takie, które wiele oczyszczają. Kluczowe jest to, jak na nie zareagujemy – czy pozwolimy im nas zniszczyć, czy potraktujemy jako szansę na rozwój, na wzmocnienie naszego charakteru, naszej odporności psychicznej, naszych umiejętności radzenia sobie ze stresem i rozwiązywaniem problemów.  Mówi się, że po burzy przychodzi spokój. To prawda. Po życiowej burzy największe zmiany przychodzą w tej ciszy właśnie. Nie w samym środku burzy, nie wtedy, gdy walczymy o każdy oddech, ale wtedy, gdy zaczynamy dostrzegać, że przetrwaliśmy ją...ale już nigdy nie będziemy tą samą osobą. Bo burze nie przychodzą po to, by nas zniszczyć. One przychodzą po to, by nas zbudować od nowa... 


środa, 14 stycznia 2026

Kiedy przestajesz się przejmować...


 Bycie empatą paradoksalnie jest dużym problemem dla samego empaty, ponieważ nadmierne wchłanianie emocji innych ludzi, nadmierna dyspozycyjność prowadzą do wypalenia, stresu, problemów z wyznaczaniem granic i zaniedbywania własnych potrzeb, a nawet do wątpienia w siebie, gdy reakcje innych nie są zgodne z oczekiwaniami empaty, a to bywa obciążające tak psychicznie jak i fizycznie. Empata przez dekady swego życia nadmiernie czuje, przejmuje się, ratuje innych, aż w jakimś momencie ku zaskoczeniu otoczenia przestaje. Dlaczego? Bo ma już dość, bo jest zmęczony, doszedł do ściany, bo przekroczył granice empatii, bo się wyczerpał, bo być może zdał sobie sprawę, że nie każdy zasługuje na życzliwość cały czas, a może poczuł się zraniony, odczuwa ból i stracił wiarę w ludzi. Tak czy inaczej bywa, że po przekroczeniu tzw. punktu granicznego następuje tąpnięcie, pęknięcie, przełom, który staje się początkiem przebudzenia empaty. A to przebudzenie przychodzi przez odczuwany ból, zdradę, wyczerpanie, przez tysiące małych momentów, w których dawał z siebie wszystko, nie otrzymując w zasadzie nic w zamian. Po tym gdy otrzymywał ciszę, obojętność, wykorzystywanie... nie powinno dziwić, że w końcu coś w nim pęka, że przychodzi taki moment kiedy empata przestaje udawać, że wszystko jest w porządku i zaczyna patrzeć prawdzie w oczy, że powoli przekierowuje swoją energię z innych na siebie. Zagłębiając się w sobie zaczyna rozumieć, że nie musi zasługiwać na miłość poświęcając siebie, że jego wartość nie leży w tym ile dał innym. Doznaje olśnienia, że rezygnacja z siebie była formą przemocy, którą sam sobie fundował. Pojmuje, że nie musi tracić energii na walkę o bycie zrozumianym i zaczyna oszczędzać swoją energię, zaczyna przekierowywać ją do wewnątrz siebie i wzmacnia swoją wewnętrzną siłę. Podczas tej transformacji empata zaczyna słuchać siebie, spotyka się z swoim cieniem i próbuje zaopiekować się sobą. Ta świadoma konfrontacja z wypartymi, nieakceptowanymi częściami siebie pozwala mu je zrozumieć i zintegrować, a nie zwalczać. Staje się bardziej niedostępny dla innych... ale nie dlatego, że nagle stał się zimny tylko dlatego, że przestał ignorować własny ból. Dla wielu osób ten przełom to początek wielkiej i często trudnej przemiany wewnętrznej, która powoduje odejście od wzorca ratownika i świadomy powrót do siebie jako istoty pełnej godności... 

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Wyjść ze strefy komfortu... czy to konieczne ?

 


Odnoszę wrażenie, że coraz częściej słyszymy o korzyściach płynących z "wychodzenia ze strefy komfortu".  Rzuca się tą poradą na prawo i lewo tak, jakby była lekarstwem na całe zło. A nie jest. A już na pewno nie w tej interpretacji, o którą dzisiaj najłatwiej. Sama idea jest w miarę okej. Tylko że pod słowem "wychodzenie" coraz częściej rozumie się "wystrzelenie" jak z armaty z taką prędkością, że amerykańskie myśliwce płaczą potem w hangarach od kompleksów a Elon Musk rozważa dawanie pieniędzy za przywiązywanie takich ludzi do swoich rakiet lecących na Marsa, by było szybciej. W powszechnym rozumieniu wyjście ze strefy komfortu oznacza świadome podejmowanie wyzwań, które znacznie wykraczają poza nasze codzienne przyzwyczajenia, rutynę czy poziom umiejętności. W społecznym obiegu panuje przekonanie, że pozostawanie w tzw. strefie komfortu oznacza utrzymywanie się wyłącznie w granicach tego, co znane i przewidywalne, a to ogranicza rozwój osobisty i może prowadzić do stagnacji i poczucia braku spełnienia, a zatem bez wychodzenia z strefy komfortu nie ma rozwoju. Pytanie tylko... czy rozwój naprawdę “lubi”, gdy dzieje się dużo, szybko i nagle? Zacznijmy od tego, że aby móc zamieszkać w swojej strefie komfortu, trzeba ją najpierw odnaleźć. Bo dla każdego to może oznaczać coś innego. Nie jest to łatwe, skoro większość z nas od lat głównie zajmuje się pogonią za nieuchwytnym celem lub walką o przetrwanie. Czy zmiany "lubią" zadziewać się poprzez nagłe i wielkie przewroty? Nie. Do zmian trzeba dojrzeć. Bo do tzw. "rozwoju osobistego" potrzeba dużo więcej niż dosłowne odbieranie sloganowych hasełek. To proces, który łatwiej można przejść posiadając swoją strefę komfortu. Zmiany "lubią" iść powoli, krok po kroku, z cierpliwością. Dlaczego? Bo np. wzorce, które chcemy zmienić, z jakichś powodów są właśnie takie, a nie inne i nie wzięły się znikąd. Nauczyliśmy się ich w toku doświadczeń. Zatem owe schematy, które obecnie nas "uwierają", kiedyś były nam prawdopodobnie potrzebne, do przetrwania w jakichś trudnych warunkach. Długo je praktykowaliśmy, regularnie ćwiczyliśmy i utrwalaliśmy schemat... aż stał się naszym automatyzmem.  Zatem reagujemy w pewnych sytuacjach w taki, a nie inny (dobrze wyuczony) sposób z automatu, ale zdarza się, że kontekst naszego życia się zmienia i okazuje się, że te strategie, które kiedyś nam służyły, teraz przestały, nie sprawdzają się. Dlatego właśnie zmienianie ich jest tak wymagające emocjonalnie – bo dotyczy tych obszarów, w których to, co kiedyś działało, dziś przysparza nam trudności. Do tego generalnie nie lubimy zmian, dlatego oddalanie się od starego ku nowemu budzi w nas opór i wiele emocji, z lękiem na czele. Nie czujemy się wtedy komfortowo. Sam proces przyswajania wymaga też sporo czasu i pracy nad sobą by wyćwiczyć, utrwalić i zautomatyzować nowy schemat w miejsce tego, który się zdezaktualizował. Stąd niechęć, opór przed zmianą i chęć pozostania przy tym co znane i już oswojone nawet wtedy gdy nam to nie służy. Strefa komfortu to taki nasz "kaftan bezpieczeństwa", w którym się poruszamy mierząc się z wieloma aspektami życia codziennego – od relacji międzyludzkich, przez codzienne czynności, pasje, rytuały czy z pozoru prozaiczne wybory, po decyzje biznesowe, wpływające na naszą karierę oraz przyszłość. I co by tu nie mówić potrzebujemy swojej strefy komfortu dla poczucia bezpieczeństwa i regeneracji, ale... Zawsze jest jakieś ALE ...kluczowe jest balansowanie, znalezienie złotego środka. A to oznacza powolne przesuwanie granic – regularne, stopniowe poszerzanie ich i wychodzenie poza utarte schematy, aby uniknąć stagnacji, sztywności, zachowaczości i umożliwić wzrost. Zachowując jednocześnie możliwość powracania do swojej bezpiecznej bazy gdzie można się zregenerować. Opuszczając strefę komfortu, wystawiamy się na nowe doświadczenia, do których dotychczas nie potrafiliśmy się przełamać, decydujemy się na działania, które pozbawiają nas poczucia bezpieczeństwa, nierzadko wiążą się ze wzmożonym stresem i podejmowaniem ryzyka. I choć to wiele nas kosztuje i boimy się porażki to jednak porównywanie się z innymi, ta powszechna presja sukcesu, to  nieustanne poczucie bycia niewystarczającym pcha nas do tego. Ciągle słyszymy żeby wychodzić ze strefy komfortu, cały czas rozwijać się, robić coś poza tym, co oswojone. Takie media społecznościowe zachęcają nas do ciągłej pogoni za doświadczaniem, posiadaniem, zdobywaniem kolejnych szczebli w karierze, tyle, że w gąszczu pięknych kadrów i ujęć łatwo zapomnieć o tym, że to jedynie wycinek często i tak wykreowanej rzeczywistości. Rutyna i codzienność nikogo już nie zachwyca...podziwiane i chwalone jest robienie niestandardowych rzeczy ponad miarę. Ciekawe czy ktoś się zastanawia z czego wynika ta pogoń, to ciągłe za mało, zrób więcej, lepiej ? Dlaczego naszą wartość nierzadko uzależniamy od liczby pełnionych funkcji, wykonywanych na co dzień zadań, posiadanych dóbr czy ekstremalnych wyczynów ? Może warto zastanowić się nad swoimi podstawowymi wartościami. Jeśli nie pamiętamy, kiedy ostatnio mieliśmy możliwość oddać się czynnościom, które je wyrażają, może to wskazywać na to, że wychodzenie ze strefy komfortu oddala nas od tego, co dla nas ważne? Pogoń za maksymalizacją korzyści czy to np. w zakupach czy byciu lepszym od innych, czy najlepszym w danej dziedzinie itp. wiąże się często z odwrotnymi skutkami niż zamierzone. Ta pogoń koreluje pozytywnie z depresją, perfekcjonizmem i żalem, a negatywnie ze szczęściem, optymizmem, poczuciem własnej wartości i zadowoleniem z życia. Bo przecież więcej nie oznacza lepiej. Mówią wyjdź ze strefy własnego komfortu! A po co ? A może ja tego nie chcę? To komunikat nie do każdego. Są osoby, które wychodzą ze strefy komfortu w nieodpowiednim momencie, tzn. takim, w którym nie mają na to zasobów, nie są na to przygotowane albo po prostu tego nie chcą. A robią to nierzadko w pewnym sensie przymuszone przez otoczenie, dialog społeczno-kulturowy czy trend w social mediach i wyczerpują tym swoje zasoby. Na jakimś etapie "budzą się" zmęczeni do granic wytrzymałości, z poczuciem niespełnienia z uczuciem życia nie swoim życiem. Wiem, żyjemy w czasach, w których dosyć trudno w strefie komfortu pozostać, ale nie dajmy się zwariować. Każdy z nas sam najlepiej wie co dla niego dobre. A przynajmniej wiedzieć powinien. Wystarczy się zatrzymać i zapytać siebie, wystarczy dać sobie czas i przestrzeń by przyjrzeć się sobie i temu co mamy co już osiągnęliśmy. Może zamiast gnać dalej zacznij "świętować" tzn doceniać i cieszyć się tym co masz ? W moim odczuciu dobrze jest praktykować wyjście ze strefy komfortu ale rozumiane jako doświadczanie nowych relacji, próbowanie nowych rzeczy, wchodzenie w nowe role – bo pozwala nam to aktualizować obraz samych siebie, nabywać umiejętności i doświadczeń, weryfikować dotychczasową wiedzę na swój temat. I to jest ok! Taka otwartość w nas też potrafi wyzwalać adrenalinę i dawać nam dowody na to, że nie zawsze właściwie oceniamy swoje możliwości. Pozwala pozytywnie się zaskoczyć i zweryfikować przekonania na swój własny temat ... 



środa, 7 stycznia 2026

Uboczne skutki cyfryzacji ...


 Każdy medal ma dwie strony, my ludzie lubimy o tym zapominać. I tak zachłysnęliśmy się cyfryzacją zupełnie nie przygotowani na ewentualne skutki uboczne. Tymczasem życie w ciągłym stresie, hałasie, zalewie informacji zbiera ponure żniwo...  Problemy z pamięcią i myśleniem stają się coraz powszechniejszym, coraz bardziej widocznym problemem zdrowotnym.  Naukowcy mówią wprost o atakującej nas niepełnosprawności poznawczej. Ludzie są po prostu przestymulowani, przebodźcowani, myślą wolniej i gorzej, mają problem z uwagą i zapamiętywaniem. Coraz częściej mają trudności z koncentracją uwagi, tzn są w stanie utrzymać ją tylko na krótko, nie mogą skupić się w obliczu czynników rozpraszających, które są wokół, gorzej się uczą, gorzej zapamiętują, nie pamiętają szczegółów dotyczących konkretnej informacji, mają problemy z regulacją emocji. ... i dotyczy to zwłaszcza młodych dorosłych. Niestety wciąż rośnie w nas potrzeba dostarczania sobie czytaj mózgowi wciąż nowych i nowych bodźców, chociaż on już po prostu nie daje rady. To wszystko wynika z rytmu, w jakim funkcjonujemy i jaki sobie narzuciliśmy. Zaczęliśmy pobudzać by nie powiedzieć napędzać własne mózgi do szybkiego i chaotycznego tempa życia, do presji wielozadaniowości (i to nie tylko w pracy). To zaś skutkuje tym, że poziom kortyzolu (hormonu stresu) jest znacznie podwyższony i powoduje cała lawinę zmian w mózgu. Cały czas funkcjonujemy w stanie wysokiego niepokoju, nad którym w dodatku nie jesteśmy w stanie zapanować, bo nasz mózg przyzwyczaił się do tego mnóstwa bodźców tak bardzo, że wciąż domaga się kolejnych. Stąd bierze się na przykład to ciągłe sięganie po telefon. Dla mózgu to szybka nagroda, produkowane są wtedy małe dawki hormonów szczęścia: serotoniny i dopaminy. Ale nie starcza to na długo, bo częste stymulowanie dopaminy sprawia, że mózg niejako się do niej przyzwyczaja, a my coraz szybciej zaczynamy się nudzić. Szukamy więc kolejnej błyskawicznej nagrody, znów sięgamy po telefon i tak powstaje błędne koło. Na dzień dzisiejszy tzw. "popcornowy mózg" /tak określają go naukowcy/  to nie jest już jednostkowe zjawisko, można mówić raczej o epidemii. Odsetek ludzi, którzy mają poważne problemy z koncentracją, z pamięcią, ze zrozumieniem, z podejmowaniem decyzji, emocjami jest coraz większy.  Naukowcy ostrzegają, że bez swoistej "higieny cyfrowej" ogólnospołeczne skutki takiego stanu rzeczy będą opłakane. Ryzykujemy, że nie będziemy w stanie przyswajać nowych rzeczy w sposób wymierny, będziemy je tylko przetwarzać i odtwarzać wtórnie. Co z kolei skutkować będzie  jeszcze szybszym starzeniem się naszych mózgów, a wtedy otępienie będzie prawdopodobnie rozpoznawane już w wieku 50-60 lat a może jeszcze wcześniej , a nie jak teraz w wieku 80+.  Pozostaje przypomnieć, że terapią dla otępienia jest ciągłe uczenie i zwiększanie plastyczności mózgu. Tak. Mózg potrzebuje treningu, podobnie jak mięśnie, aby zachować sprawność, poprawić funkcje poznawcze (pamięć, koncentrację) i zdrowie psychiczne. Tego po prostu nie może zabraknąć... 

wtorek, 6 stycznia 2026

Takie tam przemyślenia...

 

Lubię prostych ludzi. Takich, którzy nie udają i nie grają kogoś, kim nie są. Którzy potrafią się szczerze uśmiechnąć, powiedzieć dobre słowo i tak po prostu być. Bez tej rywalizacji, zazdrości, bez udawania. Z sercem na dłoni i spokojem w oczach. Bo żeby być dobrym człowiekiem, nie trzeba przecież kasy, pozycji czy idealnego życia. Wystarczy mieć serce po właściwej stronie, być naturalnym, szczerym, otwartym na drugiego człowieka. Współczesne życie przypomina pas szybkiego ruchu, po którym wszyscy gnają na złamanie karku, żeby tylko nie dać się wyprzedzić innym. Ludzie są przepracowani, ciągle podpięci do sieci i zestresowani. Prześcigają się w tym, kto jest bardziej zajęty, bardziej potrzebny i bardziej niewyspany. W tym świecie wszyscy chcą splendoru, chcą często za wszelką cenę błyszczeć... a prostota /nie mylić z prostactwem/ staje się największym luksusem...

niedziela, 4 stycznia 2026

"Nie wiesz, jak silny jesteś, dopóki bycie silnym nie stanie się jedynym wyborem." /Bob Marley/

 

Nie lubię powierzchowności . Ludzie uwielbiają ukrywać się za maskami. Fałszywe uśmiechy, puste obietnice, słowa wypowiadane bez wagi. Większość przyzwyczaiła się  do życia w tym społecznym teatrze, gdzie prawda jest zawsze upiększana, by wydawała się bardziej akceptowalna. Lubią karmić się iluzjami, grać w grę pozorów. Dlatego nie lubią też tych, którzy widzą ich "nagich", tzn. bez masek, którzy ich rozszyfrowują. I zamiast zmierzyć się ze swoimi słabościami, wolą obwiniać tego kto ich dekonspiruje. Nie uginam się też pod presją cudzych oczekiwań. Bo wiem, że jeśli sama nie zadbam o swoje życie, to nikt tego za mnie nie zrobi. Dlatego mam "prosty kręgosłup", duszę, która łatwo nie ugina się pod presją zewnętrzną. Wiem. Świat nie lubi tych, którzy się "nie kłaniają". Większość woli tych, którzy są posłuszni, którzy płyną z prądem, którzy nie kwestionują. Tacy są wygodniejsi.  A ja cóż, mogę słuchać, mogę się zastanawiać, ale ostatecznie to mój osobisty wewnętrzny kompas decyduje o drodze. Bowiem sama decyduję o wszystkim. Podążam własną drogą. Ludzie tego nie lubią. Nie umiem i nie chcę się nikomu przypodobać, nie umiem wykorzystywać innych, niosę swój ciężar sama do końca. Nie zdradzam, nie sprzedaję siebie, nie jestem niczyją kopią. Nie pozwalam innym się kontrolować. Nie jestem tu po to by się wszystkim podobać. Jestem autentyczna, wierna sobie... nawet za cenę odrzucenia i samotności. Powinnam chyba tu dodać, że jak człowiek ma siebie to tak naprawdę nigdy nie jest sam, jest jedynie chwilowo pozbawiony towarzystwa innych osób.  Większość ludzi, żyje po to by ich widziano, potrzebują braw, natychmiastowego uznania, klakierów, publiki. Jeśli nie mają publiczności nie podejmują działania. Potrzebują poklasku. Kolejna rzecz, to lojalność ... cenię ją bardzo wysoko, ale moja lojalność  nie jest "ślepa". Cóż, trzeba ją zdobyć i utrzymać. Nie wybaczam też zdrady. Gdy ktoś mnie naprawdę zawiedzie moje "drzwi" zamykają się na zawsze. Nauczyłam się też zrywania więzi bez oglądania się za siebie. Ludzie oczekiwali ode mnie, że zawsze będę filarem wsparcia, silnym ramieniem, tą, która wybacza bez końca. Ale gdy zaczęłam stawiać wyraźne granice i wymagać tej samej uczciwości, którą oferowałam stałam się złoczyńcą. Gdy zaczęłam porządkować moje życie i usuwać wszystko co toksyczne postrzegali mnie jako "zimną babę". Ludzie nie rozumieją, że dla mnie utrzymanie godności jest ważniejsze niż utrzymanie powierzchownej relacji. A moja lojalność jest "świętym paktem" a nie dożywotnią gwarancja.  Nie akceptuję mniej niż zasługuję. Mam zdolność do pójścia dalej bez urazy, ale też bez przebaczenia dla wielkich zdrad ...po nich drzwi zamykają się ostatecznie.  Szukam trwałości  w świecie, który niestety gloryfikuje to co ulotne. Nie interesują mnie przelotne namiętności, błyskawiczne sukcesy, ani przyjaciele z wygody. Szukam tego co solidne, co przetrwa próbę czasu. Nie jest łatwo - przyznaję.  Ludzie gonią za najnowszymi trendami, zadowalają się powierzchownością, bylejakością, dlatego ja ze swoją postawą czuję często, że nie synchronizuję z współczesnym światem, pośpiechem i brakiem głębi. Niemniej jednak moja siła, niezależność choć może wywoływać odrzucenie, jest jednak tą samą siłą, która gwarantuje, że nie zgubię się w świecie. Bowiem wybierając prawdę, wybieram siebie, jestem ze sobą i idę w kierunku tego co naprawdę się liczy. 

Ps.

Przestań grać w ich grę...  Moje życiowe doświadczenie dowiodło mi, że :

w momencie gdy bardziej boisz się utraty kogoś niż utraty siebie... już przegrałaś/eś.


piątek, 2 stycznia 2026

O samotności inaczej...

 

Dziś chcę porozważać o tym dlaczego niektórzy ludzie nie mają przyjaciół lub mają ich bardzo niewielu na przestrzeni swojego życia. I nie chodzi mi tu o zdeklarowanych samotników czy ludzi z trudnościami relacyjnymi itp, ale o tzw. silne osobowości, które mają wiele do zaoferowania drugiej osobie a mimo to często są samotne. Moim zdaniem mieć niewielu przyjaciół bądź żadnych to nie jest słabość to konsekwencja życia z głębią i standardami, do których nie wszyscy są gotowi sięgnąć. Kiedy wybierasz uczciwość, szczerość i lojalność jako filary, nieuchronnie pozostajesz poza kręgami gdzie królują interesowność, pozory i wygoda. Nie przystajesz do tych kręgów. Odrzucą Cię pomimo Twojej dojrzałości charakteru a nie jego braku. Jest też druga strona tego samego medalu. Ty sam będąc wierny sobie i swoim standardom też nie chcesz takich ludzi wokół siebie. Bo wiesz, że jeden autentyczny związek jest więcej wart niż dziesiątki pustych relacji... ponieważ jakość zawsze przewyższa ilość. Im bardziej jesteś rozwinięty emocjonalnie, duchowo, tym masz mniejszą tolerancję na relacje bez autentyczności, na fałsz i powierzchowność czy dwulicowość. I to dlatego częściej niż inni czujesz się samotny gdyż nie potrafisz i nawet nie chcesz wchodzić w byle jakie relacje. Nie szukasz poklasku i akceptacji tłumu. Nie dopasowujesz się do oczekiwań innych, bo Twoje poczucie własnej wartości pochodzi z wnętrza, z tego kim jesteś a nie z tego co myślą o Tobie inni. Będąc osobą z wysoką niezależnością psychiczną stajesz się selektywny w relacjach bo nie boisz się samotności, nie wchodzisz w układy z lęku przed odrzuceniem, niczego nie udajesz, nie zakładasz masek by zyskać sympatię. Bowiem Twoja lojalność nie zależy od korzyści, ale od zgodności wartości. Masz też selektywne zaufanie, ukształtowane przez przeszłość. Twoje doświadczenia nauczyły Cię, że zaufanie nie rodzi się z dnia na dzień i jest czymś rzadkim. Nie jest dane z automatu, musi być zasłużone. Zaufanie, które przeszło próbę czasu jest mocniejsze niż tysiące słów. Wiedząc o tym już nim nie szafujesz. Tak sobie myślę, że osobowość selektywna, świadoma, nie zadowalająca się bylejakością, potrzebująca głębi, nie tolerująca fałszu... innymi słowy osobowość silna, refleksyjna, niezależna psychicznie, nie bojąca się samotności, bo zna wartość ciszy, osobowość , która nie musi być w centrum by czuć swoją wartość, która wie, że prawdziwe więzi powstająnie nie z potrzeby a z prawdy... jest osobowością rzadką. I wielu niestety postrzega ją jako trudną i niejako  skazaną na samotność. Tyle że jej samotność jest dowodem a nie brakiem. Dowodem na to, że ma wysokie standardy emocjonalne, że nie wpuszcza każdego do swojego świata a jeśli ktoś już tam jest to naprawdę zasługuje. Osobiście powiedziałabym, że tacy ludzie nie są trudni są zwyczajnie prawdziwi. W dzisiejszym świecie gdzie wszystko chce być szybkie, łatwe i lekkie bycie taką osobą jest aktem odwagi. To paradoks, ale im bardziej jesteś silny wewnętrznie tym częściej idziesz samotnie. I to nie dlatego, że nie potrzebujesz innych, tylko dlatego, że Twoja siła odstrasza tych, którzy jeszcze nie odkryli swojej. Silni ludzie nie wymagają od innych by wypełniali ich braki. Nie zrzucają odpowiedzialności za emocje. Potrafią stać samodzielnie na własnych nogach z całym ciężarem życia na ramionach. I właśnie dlatego często są sami, bo niczego nie grają, nie udają, nie szukają poklasku i nie ukrywają swojej głębi tylko po to by inni ich akceptowali. Ich samotność to nie kara to wybór...czasem bardzo bolesny ale konieczny ...gdyż wiedzą, że nie każdy nadaje się do wspólnej drogi...


wtorek, 30 grudnia 2025

Szanuj siebie a będziesz szanowana...

 

 Inni często traktują Cię jak opcję awaryjną? Nie dotrzymują słowa, żądają od Ciebie coraz więcej i więcej? Tolerujesz ich niefajne komentarze czy zachowania? To, że Cię ignorują , wyśmiewają, wykorzystują? itp. A co jeśli powiem, że brak ci szacunku do samej siebie? A to jak pozwalasz się traktować jest sygnałem przyzwolenia, który sama im wysyłasz?  Ludzie często traktują Cię tak, jak sama się traktujesz. Ignorując siebie, dajesz im przyzwolenie na brak szacunku. Pokazujesz, że o Ciebie nie trzeba się starać, że nie trzeba się z Tobą liczyć. Oni już wiedzą , że nic nie powiesz, nie zaprotestujesz. Wiedzą już, że słabo albo wcale nie bronisz swoich granic. Wiedzą na co mogą sobie wobec ciebie bezkarnie pozwolić. Ludzie zawsze będą nas testować, by rozpoznać nasze granice. Będą chcieć od nas więcej, iść dalej, dopóki nie powiemy "STOP". A to jest tylko nasza decyzja.  Nawet gdy postawisz granicę to tak szybko nie odpuszczą. Będą dalej sprawdzać czy i jak mocno jest strzeżona. I będą na Ciebie narzekać np. mówiąc, że zmieniłaś się, że jesteś trudna, egoistyczna, zimna, przesadzasz itp.Tak sprawdzają, czy Ty z tymi granicami to tak NA SERIO? Czy może to tylko takie Twoje  "Opowieści z Narnii " i dalej można spokojnie Tobą manipulować. Cóż każda z nas sama wybiera co akceptuje a czego nie... innymi słowy jak chce być traktowana.  I tu uczciwie trzeba powiedzieć, że niektórzy ludzie to przyjmą i będą honorować Twoje granice, inni nie i odejdą... i to jest w porządku. Bo po co Ci tacy ludzie ? 

Podsumowując..."Szanuj siebie, a będziesz szanowana" to głęboka prawda, która oznacza, że Twoje traktowanie siebie samej wyznacza standardy dla innych. A Twój związek z sobą to fundament dla wszystkich innych relacji.

sobota, 27 grudnia 2025

Bez noworocznych postanowień naprawdę można żyć ...


 Mija stary rok pojawia się nowy. Przecież w otoczeniu nic się nie zmienia poza cyferkami w kalendarzu. A mimo to wszyscy dzielimy tę iluzję, tę fikcję. I mimo, że obiektywnie nic się nie zmienia, to w naszych sercach jest poczucie, że coś się zaczyna, coś się kończy. Mamy taki program w naszych mózgach, że tego rodzaju wspólna umowa, że coś kończymy i coś zaczynamy, jest nam do czegoś potrzebna. Pewnie dlatego wiele osób w związku z tym robi sobie osobisty remanent i zaczyna Nowy Rok z tymi solennymi zobowiązaniami - rzucam palenie, picie, w tym roku pójdę do teatru, przeczytam książkę, zrzucę pięć kilogramów itd. W skrajnych przypadkach nawet zdarza się, że ktoś postanawia być miłym i uczynnym. Chwalebne... ale nader często nic z tego nie wynika. Kończy się na samooszukiwaniu. To jest jedna z najgorszych rzeczy, jakie można sobie zrobić, ponieważ z każdym niedowiezionym tematem cierpi nasza samoocena, stajemy się... słabsi. Do naszej świadomości – czy to się nam podoba, czy nie – dociera smutny wniosek: NIE MOŻESZ NA SOBIE POLEGAĆ.  Nie wiem jak Wy, ale ja nie redaguję listy noworocznych postanowień ...i żyję. Tak, absolutnie można żyć bez tradycyjnych postanowień noworocznych, które notabene często bywają nierealistyczne i prowadzą do frustracji.  Zamiast tego lepsze są małe, stopniowe zmiany, akceptacja, odpoczynek i skupienie się na uważności, co pozwala na wzrost i rozwój bez presji własnych lub cudzych oczekiwań. 

piątek, 19 grudnia 2025

O Świętach bez lukru...

"Człowieczeństwo nie powinno być
świąteczną modą.
Dobroć nie powinna być
sezonową akcją.
Serce nie powinno być otwarte tylko gdy pada śnieg."
Rafał Wicijowski

 "Magia" Świąt zaczyna się już w okolicach Wszystkich Świętych, jeszcze nie wszyscy zdążyli wywietrzyć zapach chryzantem i wrócić z cmentarzy a tu już migają kolorowe światełka i do obrzydzenia, gdzie nie wejdziesz, wszędzie grają Jingle Bells albo Christmas Time. Duch Świąt jako pierwszy budzi się w galeriach, marketach... I tu objawia się nam jego marketingowa hipokryzja. Bo te dekoracje świąteczne i kolędy pojawiają się nie dlatego, żeby pobudzić ludzi do refleksji, żeby ich wyciszyć, ale po to, żeby kupowali. Ich celem jest zmusić nas do wydawania pieniędzy. Te nachalne reklamy we wszystkich mediach bombardujące nas "idealną rodziną " idealnym obraz Świąt... mają pomóc nam w zakupowych decyzjach. Oczywiście, zwyczaj obdarowywania się jest piękny. Ale te prezenty powinny być wyrazem miłości, a nie postawy: "zastaw się, a postaw się". Nie powinien generować stresu z powodu tego czy się sprosta oczekiwaniom tych, których chce się obdarować. Dodajmy, że coraz trudniej jest sprostać.  Boże Narodzenie i okres je poprzedzający, jest  trudnym czasem. Bo z jednej strony w każdym z nas drzemią dziecięce tęsknoty za tak zwaną "magią świąt". Mamy w sobie takie naiwne wyobrażenia, jak te święta powinny wyglądać i czego nie może podczas nich zabraknąć: tzn, rodziny, miłości, ciepła, światełek na choince, kolęd. Każdy z nas czeka na ten czas, który symbolizuje miłość. No właśnie, i to wszystko jest piękne…ale ten idealny świat zderza się z rzeczywistym. Dochodzi do zderzenia między tymi dziecięcymi tęsknotami za bliskością, pojednaniem, wybaczeniem, a brzydką prawdą o nas. Bo kto z nas tak naprawdę przyjął zbłąkanego wędrowca? Idziemy do kościoła i śpiewamy na pasterce "nie było miejsca dla ciebie", skądinąd przepiękną kolędę, a jednocześnie krzywdzimy bliskich, nie potrafimy wybaczać... czyż to nie jest hipokryzja? Dotyczy to również ludzi z pierwszych stron gazet, którzy bardzo chętnie pokazują się w mediach w kontekście świąt i uroczystości kościelnych. A jednocześnie są w stanie w imię własnych interesów i niskich pobudek, takich jak własna kariera, chęć zemsty, zazdrość, niszczyć życie innym. W naszej codzienności jesteśmy świadkami wyzwolenia na ogromną skalę demonów nienawiści, wzajemnej nietolerancji, ksenofobii. I nie chodzi tu tylko o polityków, ale chodzi też o to, co dzieje się w całym społeczeństwie: nie widziałam, jak żyję, sytuacji, w której Polacy byliby aż tak podzieleni jak teraz. To już nie jest jeden naród, to są dwa zupełnie inne narody, patrzące na siebie wrogo. I bardzo często bywa, że w jednej rodzinie spotykają się przy wigilijnym stole przedstawiciele tych dwóch zwaśnionych narodów. Udają rodzinność a tak naprawdę ledwo się znoszą, albo nienawidzą. To kolejny przykład hipokryzji. Trzeba też wspomnieć o tym, że dla wielu ludzi okres świąteczny to najtrudniejszy czas w roku.  Przez tą presję, że ma być ciepło, sielankowo, rodzinnie, wszyscy mają być razem... bardziej niż w jakikolwiek innym czasie obnaża się ich samotność. Niestety tak wielu ludzi albo w ogóle nie ma z kim usiąść do wigilijnego stołu, albo są gdzieś z litości zapraszani do jakichś znajomych czy dalszej rodziny co jest tylko namiastką bliskości, bo oni wcale nie czują się tam na miejscu. Organizuje się "paczkę dla biednych", "wigilię dla bezdomnych", "kolędowanie w DPS" raczej bardziej dla lepszego samopoczucia organizatorów niż tych biednych ludzi, którzy na kolejny akt zainteresowania, na kolejny wybuch "miłosierdzia i współczucia" będą czekać przez cały następny rok. Są też tacy, którzy siadają do wigilijnego stołu z bliską - jeśli mowa o bliskości więzów krwi - rodziną. Ale z daleką emocjonalnie. Z rodziną skłóconą, nielubiącą się, której członkowie wzajemnie nie potrafią się zrozumieć ani ze sobą rozmawiać itd. itp. Cóż ... w tych pięknych reklamach, w tym obrazie sielankowych świąt, nie ma miejsca na smutne historie. Nie ma, bo cierpienia i samotności nikt nie chce. Samotność i cierpienie się nie "sprzedają". Jest taka piękna "Kolęda samotnych" Zbigniewa Preisnera: "Tak mi smutno, dobry Boże, Ty się rodzisz, a ja sama, pewnie z mojej winy - może, każesz grzechy zmywać nam. W noc samotną, co tak boli, pewnie nie rozumie nikt tej maleńkiej kropli soli, co pod rzęsą wita świt"... I to jest, niestety, prawda o świętach dla bardzo wielu ludzi. A ta świąteczna hipokryzja i komercjalizacja Bożego Narodzenia wcale nie pomaga wypełnić tej samotności. Święta są stresującym przeżyciem także dla tych, którzy nie są samotni. Bo tyle pracy, sprzątania , dekorowania, gotowania, wydatków, no i żeby z tym wszystkim zdążyć. To po pierwsze. Po drugie, ten stres jest związany z tym, że święta uwypuklają te wszystkie problemy, z którymi człowiek się boryka, ale z którymi jest w stanie żyć w codziennej rutynie. Ktoś nie rozmawia z matką, z ojcem, z żoną, z siostrą - ale życie się toczy; codziennie trzeba wstać, iść do pracy, załatwić różne sprawy, więc się o tym nie myśli. Ale przychodzą święta i człowiek sobie uzmysławia, że rodzina powinna być razem, a jego rodzina nie jest. I zaczynają się różne przemyślenia i emocje związane z poczuciem krzywdy lub poczuciem winy. Stres i presja się kumulują i muszą w końcu znaleźć upust...przed świętami jest więc sporo napięć, kłótni, krzyków. A powinno być ciepło, blisko i sympatycznie. Przed świętami często chodzimy nabuzowani, rozdrażnieni, wściekli i często wśród najbliższych szukamy ofiary, żeby pod byle pretekstem się na niej wyładować. Często tak się dzieje przed świętami. I jak tu mówić o duchowym przeżywaniu Świat?  I na koniec nie mogę nie wspomnieć o wysyłaniu życzeń. Każdego roku gdy dostaję te głupkowate wierszyki świąteczne, słane do wszystkich z listy kontaktów takie same, mam ochotę rzucić telefonem o ścianę. I nie chodzi o to, że życzenia są wysyłane mailem czy SMS-em,  ale o to, że wysyłający posługuje się metodą "kopiuj - wklej". A przecież można by było chociaż nadać im bardziej osobistą formę? Choćby tylko...  z szacunku do adresata ? 





Istnieć znaczy zmieniać się, zmieniać się to dojrzewać...

  Zdarzają się takie chwile kiedy wycofujemy się z działania bo potrzebujemy tymczasowego odizolowania się, przetrawienia czegoś, by np. por...