"Faszyzm nie istniałby bez tych, którzy go uparcie nie chcą zobaczyć ".
Sznurówka
„Każdy widzi świat inaczej”.
niedziela, 8 marca 2026
Moje niepokoje...
sobota, 7 marca 2026
Idzie nowe ...
piątek, 6 marca 2026
Ludzie się zmieniają, ale nie tak bardzo...
"Ludzie się nie zmieniają (...). Po prostu z większą precyzją ukrywają swoje prawdziwe ja. " - Ruth Ware
Obserwując ludzi w swoim otoczeniu bez trudu zauważymy, że nie można postawić znaku równości pomiędzy zaawansowanym wiekiem a mądrością życiową. Chyba każdy zna stosunkowo młode osoby, które wydają się nad wyraz dojrzałe oraz ludzi w średnim wieku, których można byłoby określić jako infantylnych i nieodpowiedzialnych. Jest tak, ponieważ po osiągnięciu dojrzałości nie można już mówić o samoistnym "dorośleniu". Jeżeli ktoś w młodości był ostrożny, konserwatywny i cenił stabilizację, na starość prawdopodobnie będzie taki sam, tylko z większym bagażem doświadczeń. "Klasowy klaun" często pozostaje nim po latach, a osoba spokojna zazwyczaj taką pozostaje. Osoba z wysokim poziomem otwartości będzie szukać "odrobiny szaleństwa" w każdym wieku, zmieniając tylko formę tego szaleństwa. Przez te przykłady chcę powiedzieć, że osobowość jest niejako fundamentem każdego z nas. Socjalizacja pierwotna /w dzieciństwie/ kształtuje rdzeń naszej osobowości, który później trudno zmienić. Niemniej ludzie zmieniają się pod wpływem doświadczeń, ról społecznych czy traumatycznych wydarzeń a więc ich osobowość jak najbardziej ma szansę ewoluować. Jednakże, zmiany te są zazwyczaj powolne i wymagają sporego wysiłku. Zatem czy przyklaskuję R. Ware mówiącej , że ludzie się nie zmieniają ? Nie! Bo to stwierdzenie jest zbyt dużym uproszczeniem, zawierającym w sobie tylko ziarno prawdy, ale nie opisującym pełnego obrazu ludzkiej natury. Żeby nie było : ludzie mogą się zmieniać - nie przeczę, problem raczej w tym, że nie zawsze chcą. Ludzie mogą się zmieniać ...tyle że zmiany te nie następują same z siebie. Każda zmiana w człowieku wymaga od niego gotowości, jego świadomego wysiłku, czasu i motywacji. Jesteśmy tym, kim jesteśmy, i na pewnym poziomie czujemy się z tym komfortowo, nawet jeśli sprawia nam to przykrość. Myśl o zmianie może wydawać się bardzo niepokojąca i przerażająca. Dlatego łatwiej i bezpieczniej jest wybrać tego znanego diabła. Człowiek z natury nie lubi zmian, czuje opór przed nimi bo jego mózg preferuje znane wzorce, nawyki i święty spokój ... to też i praca nad sobą, nad własnym rozwojem najczęściej nie jest jego priorytetem. Nawet gdy czasem sam deklaruje chęć zmiany to deklaracje zmiany rzadko idą w parze z jej realizacją. Cóż, same chęci nie zmieniają człowieka. Brak chęci do wysiłku, do pracy nad sobą sprawia, że ludzie najczęściej nie zmieniają swoich wad, zachowań, poglądów lecz tylko doskonalą mechanizmy obronne, uczą się je lepiej maskować, wybierają udawanie... by zyskać aprobatę społeczną, by uniknąć odrzucenia lub konsekwencji. Zatem stwierdzenie o ukrywaniu prawdziwego ja jest w tym kontekście prawdziwe. Z wiekiem uczymy się lepiej "grać" swoje role społeczne, co sprawia wrażenie, że jesteśmy inni, podczas gdy po prostu lepiej panujemy nad wizerunkiem. Powiedziałabym, że najczęściej nie zmieniamy naszego "rdzenia", a tylko uczymy się lepiej zarządzać swoim zachowaniem w społeczeństwie, co jest naturalnym procesem adaptacyjnym, a nie tylko kłamstwem czy ukrywaniem naszej prawdziwej natury.
Podsumowując:
Cytat z Ruth Ware wydaje mi się trafny w kontekście toksycznych relacji lub powierzchownych deklaracji, gdzie ludzie często wracają do swoich starych nawyków. Jednak z szerszej perspektywy nie jest prawdą gdyż ludzie potrafią dokonywać zmian, jeśli wykażą się samoświadomością i pracą nad sobą... mogą się zmieniać, ale zmiana ta wymaga wysiłku i nie jest gwarantowana. Częściej niż o rzeczywistej, totalnej "zmianie" charakteru, możemy raczej mówić o jego ewolucji lub o lepszym zrozumieniu samego siebie...
wtorek, 3 marca 2026
Tak sobie o życiu...
W życiu bywają noce i bywają dnie powszednie, a czasem bywają też niedziele. Rzadziej się to zdarza niż w kalendarzu.
- Maria Dąbrowska
O tak! Życie często składa się z trudnych chwil, szarej codzienności oraz rzadkich, radosnych momentów. Pełne spektrum ludzkich doświadczeń obejmuje kontinuum od cierpienia po dobrostan, przeżywanie zarówno radości, spokoju, smutku, lęku, złości. Bujamy się więc na "sinusoidzie życia" nie wiedząc co tym razem przypadnie nam w udziale. Z całą pewnością jednego możemy być pewni...życie niczego nam nie oszczędzi. I choć czasem trudno w to uwierzyć to jednak, ten / " życiowy poligon "/ nie jest całkiem pozbawiony sensu. Wiadomo przecież, że przeżywanie różnorodnych doświadczeń / w tym też tych trudnych i bolesnych / w połączeniu z refleksją na ich temat, buduje naszą mądrość życiową i pozwala integrować trudne wydarzenia w życiorysie, uczy odporności, umiejętności radzenia sobie. Pozwala na pełniejsze zrozumienie siebie, innych oraz świata. Często przeżywane przez nas problemy, trudności, traumy... sprowadzają nas z "obłoków naiwności" na ziemię, zmieniają nam perspektywę, motywują i niejako wymuszają na nas konieczność poczynienia zmian. Bywa jednak, że wtedy gdy się z nimi borykamy myślimy o tym : " jaki piękny byłby świat bez trosk, jak cudowne byłoby życie gdyby było nieprzerwanym pasmem szczęścia". Czy aby na pewno? Gdyby nasze życie było nieprzerwanym pasmem szczęścia – rozumianym jako ciągła euforia, brak zmartwień i absolutny brak negatywnych doświadczeń to żyło by się nam idyllicznie? Paradoksalnie wcale nie byłoby tak dobrze jak to się nam wydaje. Taki stan wbrew pozorom przyniósłby negatywne konsekwencje...krótko ujmując nie byłby to dla nas zdrowy stan. Po pierwsze, życie całkowicie pozbawione trosk i wyzwań nie wspomaga, a wręcz hamuje nasz rozwój psychiczny. Po drugie, wiadomo przecież, że dojrzałość, odporność psychiczna i umiejętności radzenia sobie z problemami kształtują się właśnie poprzez konfrontację z trudnościami, a nie poprzez ich unikanie. Sumując więc, życie "bez trosk" może być przyjemne, ale to pokonywanie trudności buduje naszą psychikę i przygotowuje do radzenia sobie z życiem. Dlatego też "niedziela" jest wspaniała jako odpoczynek po pracy, ale jako stan permanentny prowadziłaby do egzystencjalnej pustki, nudy, do stanu, w którym przestajemy odczuwać przyjemność. Podobnie rzecz by się miała gdybyśmy mogli żyć w nieustającym stanie absolutnej radości i szczęścia. Z czasem uznalibyśmy go za naszą nową normą, przez co przestalibyśmy go zauważać i doceniać. Nie bez powodów więc życie dostarcza nam kontrastów. Pojawiają się w określonym celu. Bowiem kontrast jest swoistym narzędziem, które pomaga nam odróżnić "czarne" od "białego", co jest niezbędne do nawigowania przez życie, do uczenia się na błędach i do świadomego kształtowania własnej rzeczywistości. Kontrast działa jak punkt odniesienia, dzięki któremu łatwiej rozumiemy naturę rzeczy, podejmujemy lepsze decyzje, lepiej definiujemy rzeczywistość. Czasem mamy pretensje, że większość dni w naszym życiu to dni powszednie - utkane z pracy, wyzwań i trudów... ale to właśnie są nasze "warsztaty", nasz czas na pobieranie życiowych lekcji. Nauka, nie lubi chodzić na skróty, jest procesem wymagającym: czasu, powtórzeń i utrwalania. A to czy i jak radzimy sobie z codziennymi wyzwaniami, zarówno tymi małymi, jak i z tymi kryzysowymi jest swoistym sprawdzianem naszych kompetencji życiowych. Życie nie jest jednostajne a pełnia ludzkiej egzystencji niestety wymaga doświadczania i akceptacji wszystkiego co owa egzystencja ze sobą niesie.
Słowa Marii Dąbrowskiej to metafora zmienności ludzkiego losu, akceptacji życiowego rytmu oraz przeplatania się cierpienia /noce/ z rutyną /dni powszednie/ i rzadkimi chwilami spokoju lub radości /niedziele/. Wyrażają konieczność pogodzenia się z przemijaniem i zdolność odnajdywania sensu w trwaniu. Nasze życie to także ciągłe balansowanie, które oznacza naszą nieustanną potrzebę poszukiwania równowagi i harmonii między skrajnościami, wyzwaniami a spokojem. I właśnie to ta umiejętność balansowania pozwala nam nie tylko przetrwać burze, ale także czerpać radość z codzienności...
niedziela, 1 marca 2026
Tak, czuję złość, że nie mam wpływu...
Czytam, słucham wiadomości i... czuję realny lęk. Napięcie w całym ciele. Gniew, smutek, bezsilność wobec faktu, że decyzje podejmowane gdzieś wysoko poza mną szarym obywatelem, które wpływają na mój los, na losy świata, w którym żyję i nie mam na nie żadnego wpływu. Staram się rozwijać, pracować nad sobą, budować w sobie spokój, uczyć się regulacji, wdzięczności, uważności, przebaczania. To ma dla mnie sens bo mnie wzmacnia. Ale to nie zmienia faktu, że w tym samym czasie po świecie chodzą wszelakiej maści dranie zdolni do realnego zła. Ludzie, którzy podejmują decyzje z poziomu siły i dominacji...z przerośniętym ego w tle. Tak się dzieje i moja duchowość tego nie zatrzyma, nie mam na to wpływu. Łatwo w takich razach próbować ucieczki w "wysokie wibracje". W narrację, że wystarczy podnieść świadomość, trzeba patrzeć na świat pozytywnie, nie warto dołować się trudnymi tematami, skoro nie mam wpływu to co mnie to obchodzi. Można by też próbować ucieczki w uzależnienia. To kusząca perspektywa, bo pozwala nie dotykać bezsilności. Nie konfrontować się z faktem, że nad wieloma rzeczami zwyczajnie nie mam kontroli. Trudno jest przyznać, że świat nie jest w całości dobry. Trudno jest czuć bezradność wobec przemocy, łajdactw wszelkiej maści. Nie jest łatwo powiedzieć sobie wprost, że człowiek nie jest z gruntu dobry, że istnieją ludzie, którzy świadomie wybierają zło, niszczenie. Łatwiej jest odwrócić wzrok, żeby nie widzieć, nie czuć. Łatwiej jest unikać trudnych emocji. Tyle że lęk, wściekłość i dezorientacja wobec realnych wydarzeń nie są porażką. To są jak najbardziej ludzkie reakcje na coś, co jest realnie niepokojące. Dlatego daję sobie przyzwolenie na czucie tego co czuję...przecież świat nie stanie się lepszy tylko dlatego, że będę udawać, że jest. Rozwiązaniem nie jest ani ucieczka, ani zaciskanie zębów, czy życie w iluzji tylko bycie blisko tego, co trudne, stawienie czoła lękom, złości, bezradności - i uczenie się regulacji tych emocji bez zaprzeczania im. Istotnym jest by nauczyć się żyć z tą wiedzą, bez uciekania i pozwalania, by odebrała zdolność do bycia człowiekiem...
sobota, 28 lutego 2026
Obłuda...
Obłuda i podwójne standardy stały się już normą społeczną, a nie tylko wyjątkowym, potępianym zachowaniem. A jeżeli coś jest obowiązującą normą przestaje być piętnowane, a staje się "narzędziem" codziennego funkcjonowania. "Dwójmyślenie" czyli taka wyćwiczona umiejętność jednoczesnego wierzenia w dwie sprzeczne idee... stało się na dzień dzisiejszy powszechną praktyką pozwalającą hipokrytom usprawiedliwiać własne sprzeczne działania bez poczucia winy, bez wyrzutów sumienia. Ludzi w "maskach" faryzeuszy, skrywających prawdziwe oblicza i intencje nigdy nie brakowało. Od zawsze byli tacy z pozoru "nieskazitelni", którzy świadomie manipulowali otoczeniem by czerpać z tego osobiste korzyści. Jeśli wierzyć Biblii to już Jezus miał z takimi problem...piętnował obłudę faryzeuszy, a w Ewangelii Mateusza czytamy -
* Mt 23, 25: "Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dbacie o czystość zewnętrznej strony kubka i misy, a wewnątrz pełne są one zdzierstwa i niepowściągliwości".
* Mt 23, 27: "Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są trupich kości i wszelkiego plugastwa".
Jak widać to "piętnowanie" nie przyniosło oczekiwanego skutku. Bowiem faryzeusze można rzec, urośli w siłę. Współczesna psychologia uważa, że hipokryzja ma swoje źródło w niskim poczuciu własnej wartości... że to strach przed oceną sprawia, że człowiek przybiera dwie twarze, kreuje sztuczny wizerunek siebie, dopasowując się do oczekiwań otoczenia. W konsekwencji brak autentyczności sprawia, że zamiast uczciwie spojrzeć na siebie, hipokryta stosuje obwinianie innych, by odwrócić uwagę od własnych niedoskonałości. I to jest ten "korzeń", z którego wyrasta krzew obłudy. Pora kończyć ten myślotok. A więc do brzegu. Mój wniosek końcowy brzmi tak...ogrom obłudy, hipokryzji i hipokrytów we współczesnym świecie jest porażający i z całą pewnością jest istotnym wskaźnikiem kryzysu wartości i coraz słabszej kondycji psychicznej człowieka...
wtorek, 24 lutego 2026
AI Characters Dancin - Kelly Boesch AI Art
Włącz napisy na teledysku /pojawi się tłumaczenie tekstu piosenki/
Spokój...
Spokój · Surwiwal21w & Grajek – Folk & Club Project · Leszek Wiklak - Grajek
poniedziałek, 23 lutego 2026
Jeszcze tańczę...
Fot własne
Choć czas kreśli na twarzy ślady swe,
W sercu wciąż młodość, jeszcze tańczyć chcę!
Nie patrzę na metrykę, na kłody, co pod nogi,
Chcę czuć rytm życia, uciec od trwogi. Gdy muzyka płynie, znikają szare dni, W sercu ciągle ten sam słoneczny trzepot. Dopóki dusza gra i słońce świeci mi, Na parkiecie życia wciąż tkwię...
– Tańczyć chcę, tańczyć chcę!
Ps. Moje weekendowe tańce , było super...
sobota, 21 lutego 2026
Akcent na "było"...
W starzeniu się najgorszy jest czas przeszły. Człowiek /bez względu na płeć/ coraz częściej słyszy jak mówią o nim właśnie w czasie przeszłym choć przecież jeszcze żyje: " kiedyś była ładna", "była żoną tego a tego", "był nauczycielem tu i tam", "była matką"," był dyrektorem lub inną, mniej lub bardziej ważną personą" itd. Słysząc to ma się poczucie bycia "historyczną postacią" we własnym życiu. Otoczenie często definiuje życie starszej osoby wyłącznie przez pryzmat wspomnień, a nie bieżących działań. Przesunięcie perspektywy z "teraz" na "kiedyś" zmusza do bolesnej konfrontacji z utraconymi już czynnymi rolami społecznymi, generuje przykre poczucie bycia definiowanym przez pryzmat przeszłość a nie obecnej aktywności. Daje poczucie, że kiedyś byłam/byłem, teraz... mnie nie ma, świat nie zauważa tego, że jeszcze "jestem". A to bywa silnym źródłem stresu i poczucia obniżonej wartości, poczucia bycia "wczorajszym", nieużytecznym. Czas przeszły jako synonim straty boleśnie przypomina starzejącemu się człowiekowi o rzeczach, ludziach i sprawnościach, które już nie wrócą. "Była/był" oznacza brak możliwości zmiany stanu obecnego. Oznacza konfrontację z utratą własnej atrakcyjności, z przemijaniem fizycznym, z samotnością, z chorobami, z lękiem przed utratą samodzielności. Najgorsze w starzeniu się nie jest samo ciało, ale poczucie, że życie przechodzi z trybu dokonywania w tryb wspominania, a to sprawia, że zaczynasz człowieku czuć się jak jakieś pieprzone, zakurzone "archiwum", a nie jak aktywny uczestnik życia...
środa, 18 lutego 2026
" Garnitur na chamie "...
wtorek, 17 lutego 2026
Paradoks dobrego serca...
poniedziałek, 16 lutego 2026
A co jeśli ...
AI Surreal Flying Machines-I'm Floating High
Moje niepokoje...
Ciągle nie mogę pojąć... jak to możliwe, aby w Polsce... kraju tak doświadczonym swego czasu przez nazistów i faszystów, idee te ponownie ...









