wtorek, 10 lutego 2026

"Betrayal” – A Surreal Journey Through Strange Beauty (AI Animated)


 

Plan, planem ale życie wymaga umiejętności adaptacji...


 

"Robić z igły widły" czyli o postrzeganiu problemów ...


 Postrzeganie problemów jest procesem subiektywnym, który zależy od naszej interpretacji sytuacji, emocji oraz wcześniejszych doświadczeń. To, jak postrzegamy problem, determinuje, czy potraktujemy go jako niszczące zagrożenie, czy jako wyzwanie do rozwoju. Nie chcę tu bagatelizować niczyich problemów, a jedynie zwrócić uwagę, że  rzeczywistość to subiektywne doświadczenie, a problemy często wynikają nie z samych faktów, ale z tego, jak nasz osobisty mózg te fakty interpretuje. 

Nie wiem to wyzwanie do nauki ...

Pisząc historię swojego życia własnym piórem daję sobie też prawo do tego, że czasem mogę ...


Często nie jesteśmy tacy skorzy do łaskawego akceptowania i doceniania własnej niewiedzy, do konfrontacji z faktem, że o czymś nie mamy pojęcia... A przecież najmądrzejszy jest ten, który wie, czego nie wie...  Nie wiem, ale się dowiem taką postawę prezentują tylko osoby przejawiające wysoką samoświadomość, odwagę,  nastawienie na rozwój...

niedziela, 8 lutego 2026

"Twoje życie twoje dzieło, bądź artystą"...

 


Nie możemy kontrolować działań i opinii innych ludzi, pogody i wydarzeń losowych, przeszłości, czy wyników naszych działań /możemy starać się ze wszystkich sił, ale wynik ostateczny i tak nie zawsze zależy tylko od nas/ . Krótko mówiąc, skoro nie da się mieć tego pod kontrolą, to trzeba dla własnego dobra w porę odpuścić, gdyż uporczywie skupiając się na próbach kontrolowania tych obszarów fundujemy sobie tylko dodatkowy stres, lęk, wypalenie i poczucie bezsilności. Kontrolowanie niekontrolowalnego wcale nam nie służy, mało tego ...niczego nie rozwiązuje. Prawdą jest, że nie możemy kontrolować wszystkiego, ale możemy kontrolować sposób w jaki stawiamy czoła trudnościom. Stawiąjąc czoła trudnościom przestajemy być ich ofiarą a to pomaga nam zbudować naszą odporność i siłę psychiczną.  Na co więc mamy wpływ?  Z całą pewnością na  nasze reakcje na zaistniałą sytuację, na własny sposób myślenia /interpretację zdarzeń/, na nasze decyzje i wysiłek, na wartości i zasady, jakimi się kierujemy itd. Skupiając się więc na tych elementach poszerzamy samoświadomość, z którą możemy budować naszą pewność siebie, spokój i odporność psychiczną. Owszem, nie mamy wpływu na karty, które rozdaje nam życie, ale mamy pełną kontrolę nad tym, jak rozegramy swoją partię. Bo problemem nie jest to co się nam przydarza ale to co wybieramy z tym zrobić, to jak interpretujemy zdarzenia, jak radzimy sobie z emocjami czy to my je kontrolujemy czy one nas, czy i jakie podejmujemy decyzje, jakimi wartościami się kierujemy itp. Bardzo często najłatwiej jest szukać wymówek i winnych...tymczasem życie nie jest nam nic winne,  jest takie jakie jest ...my jesteśmy odpowiedzialni za to jak się przez nie poruszamy.

wtorek, 3 lutego 2026

Istnieć znaczy zmieniać się, zmieniać się to dojrzewać...

 

Zdarzają się takie chwile kiedy wycofujemy się z działania bo potrzebujemy tymczasowego odizolowania się, przetrawienia czegoś, by np. poradzić sobie z trudnościami albo dojść do ładu z samym sobą. Świat zewnętrzny przygasa, mniej nas zajmuje. Potrzebujemy spędzać więcej czasu w samotności, życiowe tempo zwalnia na jakiś czas. Niby nic się nie zmienia a jednak, w środku nas tyle się dzieje. Niczym gąsienica w stadium kokonu chowamy się i przykrywamy warstwą ochronną po to, aby móc wewnątrz siebie przejść jakąś ważną dla nas, niekoniecznie zawsze spektakularną, ale jednak ważną, transformację. Nie ma w tym nic złego, to naturalny proces poznawczy nim przejdziemy do działania, najpierw potrzebujemy etapu kontemplacji. Oczywistym jest, że każdy pokonuje ten etap w indywidualnym tempie. Dobra wiadomość jest taka, że w kokonie nie da się być wiecznie – z czasem następuje powrót do życia w formie mniej lub bardziej dojrzałego motyla ... 😊


Zimowanie - dobry czas na rozwój osobisty i regenerację

 

Czas hibernacji 

półmartwe zimowanie  

regeneracja...   

/moje haiku/

 Śnieg, mróz, szare dni to zdecydowanie nie moje klimaty. I dlatego niemal codziennie muszę przypominać sobie, że zima nie musi być tylko czasem "przetrwania" nawet gdy dłonie grabieją a zziębnięte myśli zastygają w sople. Z trudem ale motywuję się do różnych aktywności  by "nie zgasnąć". Nie musi być to zawsze aktywność fizyczna. Tłumaczę sobie, że zima może być po prostu inną wersją normalności – z tym samym rytmem dnia, ruchem, światłem i dbałością o podstawy mojej codzienności. Co prawda bez fajerwerków ale i bez hibernacji. No i bez udawania, że wszystko samo wróci niczym bociany na wiosnę. W tych staraniach podpieram się też nadzieją. Bowiem po przesileniu zimowym dzień staje się coraz dłuższy. Wydłużenie jest już wyraźnie zauważalne, każdy dzień jest dłuższy od poprzedniego ... zatem przyroda zmierza ku wiośnie i niedługo nadejdą te, tak wyczekiwane przeze mnie cieplejsze dni...

piątek, 30 stycznia 2026

Być dobrym ale bez przesady ...


 Chcemy być postrzegani jako dobrzy ludzie i nie ma w tym nic złego, jednak czasem to "bycie dobrym", wymyka się nam spod kontroli.  Zatem z czego wynika ta nasza nadmierna chęć bycia dobrą/dobrym dla wszystkich. Z punktu widzenia psychologii podłożem są często deficyty z dzieciństwa i wyniesione zeń wzorce (np. warunkowa miłość rodziców, która dała przekonanie, że trzeba na nią zasłużyć, że jestem dobry tylko wtedy gdy inni są ze mnie zadowoleni ). Z braku asertywności i strachu przed konfliktem, z których wynika uległość i mówienie ludziom tego, co chcą usłyszeć, zamiast własnego zdania. Z przekonania, że trzeba być idealnym, aby zasłużyć na akceptację itp. Zatem chęć bycia zawsze i dla wszystkich dobrym wynika zazwyczaj z naszego lęku przed odrzuceniem i  samotnością, wynika też z niskiej samooceny oraz silnej potrzeby aprobaty. Krótko mówiąc nasze "deficyty", których nie jesteśmy świadomi, bądź nie chcemy być sprawiają, że stajemy się takimi zadowalaczami innych. Co w konsekwencji często prowadzi nas samych do wypalenia emocjonalnego, ignorowania własnych potrzeb. A towarzyszący temu lęk przed byciem postrzeganym jako osoba egoistyczna sprawia, że brniemy w to... coraz bardziej. Finalnie gdy czujemy się już  jak "rozładowana bateria" odczuwamy żal, mamy poczucia krzywdy, czujemy się wykorzystani i zranieni faktem, że nasza dobroć nie znajduje godnego uznania, że świat się nie odwdzięcza tym samym... i nasze dobro do nas nie wraca. Czujemy się zawiedzeni i rozczarowani ludźmi wokół nas. Czy słusznie ? Niekoniecznie, bo prawdziwa wdzięczność i "powrót dobra" rodzą się z bezinteresownego pomagania, a nie z oczekiwania nagrody.  A my przecież mając swoje niedobory, niedowartościowania oczekiwaliśmy tej "nagrody" pod postacią akceptacji , uznania, doceniania, zauważenia nas przez innych. Zamiast zmienić perspektywę i skupić się na budowaniu własnej wartości i akceptacji siebie, szukaliśmy potwierdzenia swojej warości w innych... bo nie mieliśmy jej w sobie. Trudno też nam było zrozumieć, że inni widzą nas tak, jak my sami siebie widzimy, że nasze wewnętrzne przekonania o sobie – niska samoocena lub pewność siebie – są nieświadomie projektowane na zewnątrz i odzwierciedlane w zachowaniu innych ludzi wobec nas. Jeśli nie szanujemy siebie  inni też nas nie szanują - proste. Gdy nigdy nie pokazujemy "zębów"... wszyscy zakładają, że ich nie mamy. Każde " TAK " dla innych to " NIE " dla siebie. A jeśli rozdajemy to "TAK" /bez ograniczeń/  wszystkim, sami koniec końców zostajemy z niczym. Tak naprawdę ludzie nie widzą naszego serca, tego co czujemy. Widzą obraz, który im pokazujemy. Inni ludzie traktują nas dokładnie tak, jak my sami traktujemy siebie, często bez słów odbierając naszą energię i postawę. Jeśli wyglądamy na słabszych nikt nie doceni naszej dobroci. Będą nas lekceważyć ignorować, wykorzystywać, traktować jak narzędzie. Większość widzi kim się wydajemy... niewielu widzi kim jesteśmy naprawdę. Dlatego używajmy dobroci strategicznie /jak broni a nie jak tarczy/, pokazujmy dobroć wtedy gdy tego chcemy a siłę wtedy gdy musimy.  Dobroć, uczciwość, hojność to wszystko są cnoty ale jeśli używamy ich ślepo i w nadmiarze one nas niszczą. Tak to już jest, że to co rzadkie jest cenne to co obfite traci wartość... 


piątek, 23 stycznia 2026

Bycia babcią też trzeba się nauczyć...

 


Często słyszę, że wnuki kocha się bardziej niż własne dzieci. W takim razie ja jestem inna i tego nie zmienię. Szczerze ? Zastanawiam się jak w ogóle można tak powiedzieć? A może to efekt nieprzepracowanych relacji z własnymi dziećmi u osób, które tak twierdzą? Moje dzieci były i są moim największym skarbem. Wnuki są przede wszystkim skarbem moich dzieci. A to znaczy, że nie próbuję zagrabić sobie ich skarbu. Kochając i szanując swoje dzieci w naturalnej konsekwencji kocham też ich dzieci a moje wnuki ale to nie oznacza żadnego "bardziej". Będąc babcią, dodajmy do tego nie jedyną w rodzinie a i wśród znajomych także...siłą rzeczy mam dość szerokie pole obserwacyjne. I zauważam w zachowaniu tychże babć dziwny trend do rywalizacji. Rywalizują o sympatię wnuków, rywalizują między sobą o miano tej "lepszej",  często rywalizują też i z rodzicami dzieci. Nie wiem czy te babcie nie zrealizowały się w swoim czasie macierzyńsko?  Czy może wynika to z jakiegoś problemu natury psychologicznej, który należało by przerobić na kozetce u psychoterapeuty? A może ta rywalizacja wynika z chęci dominacji, z zazdrości o relacje z wnukami, z poczucia bycia "tą lepszą" a może  z kompleksów, z lęku przed odrzuceniem, z chęci bycia potrzebną?  Nie wiem... pewnie każdy taki przypadek należy traktować indywidualnie. Wiem jedno, takie zaślepione babcie przepełnione tzw. "małpią miłością" są jak "odbezpieczony granat". Mniej lub bardziej świadomie wyrządzają i wnukom i ich rodzicom ogromną krzywdę. Ich działalność w rodzinie prowadzi do kłótni, napięć, wybuchów złości i poczucia bezradności u rodziców. One potrafią zepsuć relacje w całej rodzinie.  Kluczem wydaje się być wyznaczenie im jasnych granic...  

wtorek, 20 stycznia 2026

Stawanie się jest lepsze niż bycie - Carol Dweck...


 Czasami usiłuję przywołać z otchłani zapomnienia tą "dziewczynę z przeszłości", którą byłam. Tęsknię za nią, chciałabym ją przytulić. Brakuje mi jej szczerego śmiechu, spontanicznej radości, energii, wiary, ufności z jaka podchodziła do świata i ludzi itd. Patrzę na nią, na tą niewinną i bezbronną istotę z współczuciem  bo znam ciąg dalszy jej historii, bo byłam naocznym świadkiem tego jak "walec życia" ją rozjechał. Chciałabym móc do niej wrócić ...wrócić do tamtej siebie.  Tylko czy, można wrócić do "dawnej siebie"?  W jakimś stopniu może i można ... ale z całą pewnością nie jest to niemożliwe w 100%.  Bo jesteśmy zmienni. Z biegiem lat, z biegiem dni po prostu zmieniamy się... życie nas rzeźbi. Zdobywana wiedza, doświadczenia nanoszą swoje korekty, relacje narzucają swoje poprawki itd. Zatem to oczywiste, że powrót do tej "dawnej siebie" zgodnej z "pierwowzorem" jest niestety mrzonką. Ale istnieje inna możliwość. Możliwość odnalezienia siebie na nowo, w wersji wzbogaconej o zdobyte doświadczenia, z możliwością odzyskania utraconych elementów lub odkrycia swojej nowej, lepszej wersji siebie. Jestem pewna, że tą nową wersję siebie też da się polubić ...


sobota, 17 stycznia 2026

Życiowe burze ...


 Życiowych burz doświadcza każdy, czy tego chce, czy nie. Tyle, że gdy takowa rozszaleje się akurat w naszym życiu nie myślimy wtedy o innych, o tym co przeżywali lub przeżywają. Myślimy o sobie - o tym, że  wszystko, co najgorsze spotkało właśnie nas! Wpadamy w rozpacz, cierpimy tak, że wydaje się, że bardziej już nie można. Targani skrajnymi emocjami, uważamy się za strasznie nieszczęśliwych i tak też się wtedy czujemy. Miotamy się, histeryzujemy, przestajemy trzeźwo myśleć, naszym oczom umyka to co istotne. Wpędzając się w chaos emocjonalny wcale sobie nie pomagamy. A przecież nie każda burza jest tego warta. Cóż, są w naszym życiu takie burze, inaczej - bolesne doświadczenia, kryzysy, które sporo niszczą. To te wszelkie niesprawiedliwe wydarzenia, trudne momenty, zranienia, traumy, które zostawiają w nas ślad trudny do zrozumienia, zaakceptowania i uznania, jako coś..."wzmacniającego". Bowiem  nie z każdego takiego wydarzenia można wynieść coś pozytywnego - są takie, które co tu dużo mówić rozwalają nam życie, które potem musimy od nowa poskładać. Jednak nie wszystkie burze to nawałnice siejące totalne zniszczenie. Większość z nich owszem przytłacza, przeraża, by w ostateczności oczyścić to, co wokół nas. I takie burze - kryzysy mogą być także szansą na zmianę. Kryzys to szansa na oczyszczenie naszego życia, na zatrzymanie się, spojrzenie, na to, co działo się wokół nas z innej, nowej perspektywy. Często przeżycie życiowej burzy pomaga zrzucić z nas to, co nas obciąża. Często jest pierwszym sygnałem, kiedy zaczynamy widzieć perspektywę zmiany. A z czasem i katalizatorem do zmian, które zbliżają nas do takiego życia, jakim chcemy żyć.  Innymi słowy są burze, które wiele niszczą, ale są i takie, które wiele oczyszczają. Kluczowe jest to, jak na nie zareagujemy – czy pozwolimy im nas zniszczyć, czy potraktujemy jako szansę na rozwój, na wzmocnienie naszego charakteru, naszej odporności psychicznej, naszych umiejętności radzenia sobie ze stresem i rozwiązywaniem problemów.  Mówi się, że po burzy przychodzi spokój. To prawda. Po życiowej burzy największe zmiany przychodzą w tej ciszy właśnie. Nie w samym środku burzy, nie wtedy, gdy walczymy o każdy oddech, ale wtedy, gdy zaczynamy dostrzegać, że przetrwaliśmy ją...ale już nigdy nie będziemy tą samą osobą. Bo burze nie przychodzą po to, by nas zniszczyć. One przychodzą po to, by nas zbudować od nowa... 


środa, 14 stycznia 2026

Kiedy przestajesz się przejmować...


 Bycie empatą paradoksalnie jest dużym problemem dla samego empaty, ponieważ nadmierne wchłanianie emocji innych ludzi, nadmierna dyspozycyjność prowadzą do wypalenia, stresu, problemów z wyznaczaniem granic i zaniedbywania własnych potrzeb, a nawet do wątpienia w siebie, gdy reakcje innych nie są zgodne z oczekiwaniami empaty, a to bywa obciążające tak psychicznie jak i fizycznie. Empata przez dekady swego życia nadmiernie czuje, przejmuje się, ratuje innych, aż w jakimś momencie ku zaskoczeniu otoczenia przestaje. Dlaczego? Bo ma już dość, bo jest zmęczony, doszedł do ściany, bo przekroczył granice empatii, bo się wyczerpał, bo być może zdał sobie sprawę, że nie każdy zasługuje na życzliwość cały czas, a może poczuł się zraniony, odczuwa ból i stracił wiarę w ludzi. Tak czy inaczej bywa, że po przekroczeniu tzw. punktu granicznego następuje tąpnięcie, pęknięcie, przełom, który staje się początkiem przebudzenia empaty. A to przebudzenie przychodzi przez odczuwany ból, zdradę, wyczerpanie, przez tysiące małych momentów, w których dawał z siebie wszystko, nie otrzymując w zasadzie nic w zamian. Po tym gdy otrzymywał ciszę, obojętność, wykorzystywanie... nie powinno dziwić, że w końcu coś w nim pęka, że przychodzi taki moment kiedy empata przestaje udawać, że wszystko jest w porządku i zaczyna patrzeć prawdzie w oczy, że powoli przekierowuje swoją energię z innych na siebie. Zagłębiając się w sobie zaczyna rozumieć, że nie musi zasługiwać na miłość poświęcając siebie, że jego wartość nie leży w tym ile dał innym. Doznaje olśnienia, że rezygnacja z siebie była formą przemocy, którą sam sobie fundował. Pojmuje, że nie musi tracić energii na walkę o bycie zrozumianym i zaczyna oszczędzać swoją energię, zaczyna przekierowywać ją do wewnątrz siebie i wzmacnia swoją wewnętrzną siłę. Podczas tej transformacji empata zaczyna słuchać siebie, spotyka się z swoim cieniem i próbuje zaopiekować się sobą. Ta świadoma konfrontacja z wypartymi, nieakceptowanymi częściami siebie pozwala mu je zrozumieć i zintegrować, a nie zwalczać. Staje się bardziej niedostępny dla innych... ale nie dlatego, że nagle stał się zimny tylko dlatego, że przestał ignorować własny ból. Dla wielu osób ten przełom to początek wielkiej i często trudnej przemiany wewnętrznej, która powoduje odejście od wzorca ratownika i świadomy powrót do siebie jako istoty pełnej godności... 

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Wyjść ze strefy komfortu... czy to konieczne ?

 


Odnoszę wrażenie, że coraz częściej słyszymy o korzyściach płynących z "wychodzenia ze strefy komfortu".  Rzuca się tą poradą na prawo i lewo tak, jakby była lekarstwem na całe zło. A nie jest. A już na pewno nie w tej interpretacji, o którą dzisiaj najłatwiej. Sama idea jest w miarę okej. Tylko że pod słowem "wychodzenie" coraz częściej rozumie się "wystrzelenie" jak z armaty z taką prędkością, że amerykańskie myśliwce płaczą potem w hangarach od kompleksów a Elon Musk rozważa dawanie pieniędzy za przywiązywanie takich ludzi do swoich rakiet lecących na Marsa, by było szybciej. W powszechnym rozumieniu wyjście ze strefy komfortu oznacza świadome podejmowanie wyzwań, które znacznie wykraczają poza nasze codzienne przyzwyczajenia, rutynę czy poziom umiejętności. W społecznym obiegu panuje przekonanie, że pozostawanie w tzw. strefie komfortu oznacza utrzymywanie się wyłącznie w granicach tego, co znane i przewidywalne, a to ogranicza rozwój osobisty i może prowadzić do stagnacji i poczucia braku spełnienia, a zatem bez wychodzenia z strefy komfortu nie ma rozwoju. Pytanie tylko... czy rozwój naprawdę “lubi”, gdy dzieje się dużo, szybko i nagle? Zacznijmy od tego, że aby móc zamieszkać w swojej strefie komfortu, trzeba ją najpierw odnaleźć. Bo dla każdego to może oznaczać coś innego. Nie jest to łatwe, skoro większość z nas od lat głównie zajmuje się pogonią za nieuchwytnym celem lub walką o przetrwanie. Czy zmiany "lubią" zadziewać się poprzez nagłe i wielkie przewroty? Nie. Do zmian trzeba dojrzeć. Bo do tzw. "rozwoju osobistego" potrzeba dużo więcej niż dosłowne odbieranie sloganowych hasełek. To proces, który łatwiej można przejść posiadając swoją strefę komfortu. Zmiany "lubią" iść powoli, krok po kroku, z cierpliwością. Dlaczego? Bo np. wzorce, które chcemy zmienić, z jakichś powodów są właśnie takie, a nie inne i nie wzięły się znikąd. Nauczyliśmy się ich w toku doświadczeń. Zatem owe schematy, które obecnie nas "uwierają", kiedyś były nam prawdopodobnie potrzebne, do przetrwania w jakichś trudnych warunkach. Długo je praktykowaliśmy, regularnie ćwiczyliśmy i utrwalaliśmy schemat... aż stał się naszym automatyzmem.  Zatem reagujemy w pewnych sytuacjach w taki, a nie inny (dobrze wyuczony) sposób z automatu, ale zdarza się, że kontekst naszego życia się zmienia i okazuje się, że te strategie, które kiedyś nam służyły, teraz przestały, nie sprawdzają się. Dlatego właśnie zmienianie ich jest tak wymagające emocjonalnie – bo dotyczy tych obszarów, w których to, co kiedyś działało, dziś przysparza nam trudności. Do tego generalnie nie lubimy zmian, dlatego oddalanie się od starego ku nowemu budzi w nas opór i wiele emocji, z lękiem na czele. Nie czujemy się wtedy komfortowo. Sam proces przyswajania wymaga też sporo czasu i pracy nad sobą by wyćwiczyć, utrwalić i zautomatyzować nowy schemat w miejsce tego, który się zdezaktualizował. Stąd niechęć, opór przed zmianą i chęć pozostania przy tym co znane i już oswojone nawet wtedy gdy nam to nie służy. Strefa komfortu to taki nasz "kaftan bezpieczeństwa", w którym się poruszamy mierząc się z wieloma aspektami życia codziennego – od relacji międzyludzkich, przez codzienne czynności, pasje, rytuały czy z pozoru prozaiczne wybory, po decyzje biznesowe, wpływające na naszą karierę oraz przyszłość. I co by tu nie mówić potrzebujemy swojej strefy komfortu dla poczucia bezpieczeństwa i regeneracji, ale... Zawsze jest jakieś ALE ...kluczowe jest balansowanie, znalezienie złotego środka. A to oznacza powolne przesuwanie granic – regularne, stopniowe poszerzanie ich i wychodzenie poza utarte schematy, aby uniknąć stagnacji, sztywności, zachowaczości i umożliwić wzrost. Zachowując jednocześnie możliwość powracania do swojej bezpiecznej bazy gdzie można się zregenerować. Opuszczając strefę komfortu, wystawiamy się na nowe doświadczenia, do których dotychczas nie potrafiliśmy się przełamać, decydujemy się na działania, które pozbawiają nas poczucia bezpieczeństwa, nierzadko wiążą się ze wzmożonym stresem i podejmowaniem ryzyka. I choć to wiele nas kosztuje i boimy się porażki to jednak porównywanie się z innymi, ta powszechna presja sukcesu, to  nieustanne poczucie bycia niewystarczającym pcha nas do tego. Ciągle słyszymy żeby wychodzić ze strefy komfortu, cały czas rozwijać się, robić coś poza tym, co oswojone. Takie media społecznościowe zachęcają nas do ciągłej pogoni za doświadczaniem, posiadaniem, zdobywaniem kolejnych szczebli w karierze, tyle, że w gąszczu pięknych kadrów i ujęć łatwo zapomnieć o tym, że to jedynie wycinek często i tak wykreowanej rzeczywistości. Rutyna i codzienność nikogo już nie zachwyca...podziwiane i chwalone jest robienie niestandardowych rzeczy ponad miarę. Ciekawe czy ktoś się zastanawia z czego wynika ta pogoń, to ciągłe za mało, zrób więcej, lepiej ? Dlaczego naszą wartość nierzadko uzależniamy od liczby pełnionych funkcji, wykonywanych na co dzień zadań, posiadanych dóbr czy ekstremalnych wyczynów ? Może warto zastanowić się nad swoimi podstawowymi wartościami. Jeśli nie pamiętamy, kiedy ostatnio mieliśmy możliwość oddać się czynnościom, które je wyrażają, może to wskazywać na to, że wychodzenie ze strefy komfortu oddala nas od tego, co dla nas ważne? Pogoń za maksymalizacją korzyści czy to np. w zakupach czy byciu lepszym od innych, czy najlepszym w danej dziedzinie itp. wiąże się często z odwrotnymi skutkami niż zamierzone. Ta pogoń koreluje pozytywnie z depresją, perfekcjonizmem i żalem, a negatywnie ze szczęściem, optymizmem, poczuciem własnej wartości i zadowoleniem z życia. Bo przecież więcej nie oznacza lepiej. Mówią wyjdź ze strefy własnego komfortu! A po co ? A może ja tego nie chcę? To komunikat nie do każdego. Są osoby, które wychodzą ze strefy komfortu w nieodpowiednim momencie, tzn. takim, w którym nie mają na to zasobów, nie są na to przygotowane albo po prostu tego nie chcą. A robią to nierzadko w pewnym sensie przymuszone przez otoczenie, dialog społeczno-kulturowy czy trend w social mediach i wyczerpują tym swoje zasoby. Na jakimś etapie "budzą się" zmęczeni do granic wytrzymałości, z poczuciem niespełnienia z uczuciem życia nie swoim życiem. Wiem, żyjemy w czasach, w których dosyć trudno w strefie komfortu pozostać, ale nie dajmy się zwariować. Każdy z nas sam najlepiej wie co dla niego dobre. A przynajmniej wiedzieć powinien. Wystarczy się zatrzymać i zapytać siebie, wystarczy dać sobie czas i przestrzeń by przyjrzeć się sobie i temu co mamy co już osiągnęliśmy. Może zamiast gnać dalej zacznij "świętować" tzn doceniać i cieszyć się tym co masz ? W moim odczuciu dobrze jest praktykować wyjście ze strefy komfortu ale rozumiane jako doświadczanie nowych relacji, próbowanie nowych rzeczy, wchodzenie w nowe role – bo pozwala nam to aktualizować obraz samych siebie, nabywać umiejętności i doświadczeń, weryfikować dotychczasową wiedzę na swój temat. I to jest ok! Taka otwartość w nas też potrafi wyzwalać adrenalinę i dawać nam dowody na to, że nie zawsze właściwie oceniamy swoje możliwości. Pozwala pozytywnie się zaskoczyć i zweryfikować przekonania na swój własny temat ... 



środa, 7 stycznia 2026

Uboczne skutki cyfryzacji ...


 Każdy medal ma dwie strony, my ludzie lubimy o tym zapominać. I tak zachłysnęliśmy się cyfryzacją zupełnie nie przygotowani na ewentualne skutki uboczne. Tymczasem życie w ciągłym stresie, hałasie, zalewie informacji zbiera ponure żniwo...  Problemy z pamięcią i myśleniem stają się coraz powszechniejszym, coraz bardziej widocznym problemem zdrowotnym.  Naukowcy mówią wprost o atakującej nas niepełnosprawności poznawczej. Ludzie są po prostu przestymulowani, przebodźcowani, myślą wolniej i gorzej, mają problem z uwagą i zapamiętywaniem. Coraz częściej mają trudności z koncentracją uwagi, tzn są w stanie utrzymać ją tylko na krótko, nie mogą skupić się w obliczu czynników rozpraszających, które są wokół, gorzej się uczą, gorzej zapamiętują, nie pamiętają szczegółów dotyczących konkretnej informacji, mają problemy z regulacją emocji. ... i dotyczy to zwłaszcza młodych dorosłych. Niestety wciąż rośnie w nas potrzeba dostarczania sobie czytaj mózgowi wciąż nowych i nowych bodźców, chociaż on już po prostu nie daje rady. To wszystko wynika z rytmu, w jakim funkcjonujemy i jaki sobie narzuciliśmy. Zaczęliśmy pobudzać by nie powiedzieć napędzać własne mózgi do szybkiego i chaotycznego tempa życia, do presji wielozadaniowości (i to nie tylko w pracy). To zaś skutkuje tym, że poziom kortyzolu (hormonu stresu) jest znacznie podwyższony i powoduje cała lawinę zmian w mózgu. Cały czas funkcjonujemy w stanie wysokiego niepokoju, nad którym w dodatku nie jesteśmy w stanie zapanować, bo nasz mózg przyzwyczaił się do tego mnóstwa bodźców tak bardzo, że wciąż domaga się kolejnych. Stąd bierze się na przykład to ciągłe sięganie po telefon. Dla mózgu to szybka nagroda, produkowane są wtedy małe dawki hormonów szczęścia: serotoniny i dopaminy. Ale nie starcza to na długo, bo częste stymulowanie dopaminy sprawia, że mózg niejako się do niej przyzwyczaja, a my coraz szybciej zaczynamy się nudzić. Szukamy więc kolejnej błyskawicznej nagrody, znów sięgamy po telefon i tak powstaje błędne koło. Na dzień dzisiejszy tzw. "popcornowy mózg" /tak określają go naukowcy/  to nie jest już jednostkowe zjawisko, można mówić raczej o epidemii. Odsetek ludzi, którzy mają poważne problemy z koncentracją, z pamięcią, ze zrozumieniem, z podejmowaniem decyzji, emocjami jest coraz większy.  Naukowcy ostrzegają, że bez swoistej "higieny cyfrowej" ogólnospołeczne skutki takiego stanu rzeczy będą opłakane. Ryzykujemy, że nie będziemy w stanie przyswajać nowych rzeczy w sposób wymierny, będziemy je tylko przetwarzać i odtwarzać wtórnie. Co z kolei skutkować będzie  jeszcze szybszym starzeniem się naszych mózgów, a wtedy otępienie będzie prawdopodobnie rozpoznawane już w wieku 50-60 lat a może jeszcze wcześniej , a nie jak teraz w wieku 80+.  Pozostaje przypomnieć, że terapią dla otępienia jest ciągłe uczenie i zwiększanie plastyczności mózgu. Tak. Mózg potrzebuje treningu, podobnie jak mięśnie, aby zachować sprawność, poprawić funkcje poznawcze (pamięć, koncentrację) i zdrowie psychiczne. Tego po prostu nie może zabraknąć... 

wtorek, 6 stycznia 2026

Takie tam przemyślenia...

 

Lubię prostych ludzi. Takich, którzy nie udają i nie grają kogoś, kim nie są. Którzy potrafią się szczerze uśmiechnąć, powiedzieć dobre słowo i tak po prostu być. Bez tej rywalizacji, zazdrości, bez udawania. Z sercem na dłoni i spokojem w oczach. Bo żeby być dobrym człowiekiem, nie trzeba przecież kasy, pozycji czy idealnego życia. Wystarczy mieć serce po właściwej stronie, być naturalnym, szczerym, otwartym na drugiego człowieka. Współczesne życie przypomina pas szybkiego ruchu, po którym wszyscy gnają na złamanie karku, żeby tylko nie dać się wyprzedzić innym. Ludzie są przepracowani, ciągle podpięci do sieci i zestresowani. Prześcigają się w tym, kto jest bardziej zajęty, bardziej potrzebny i bardziej niewyspany. W tym świecie wszyscy chcą splendoru, chcą często za wszelką cenę błyszczeć... a prostota /nie mylić z prostactwem/ staje się największym luksusem...