niedziela, 22 marca 2026

Ja taka nie jestem, to ty jesteś zła!


 Skąd bierze się w nas ta wyjątkowa niechęć do teściowej mającej wiecznie wszystko i wszystkim za złe, do nauczycielki, która zawsze wie lepiej, albo do zgryźliwej koleżanki z pracy, czy do sąsiadki spod 7/ki strasznej plotkary albo do rozwódki spod 5/tki - bezwstydnej uwodzicielki wszystkich facetów w kamienicy?  Każdy z nas ma takich swoich "ulubionych" antybohaterów... dlaczego ?  Możliwe, że zabrzmi to zaskakująco, ale źródłem takiej niepohamowanej, graniczącej z nienawiścią antypatii do niektórych osób jesteśmy my sami. Każdy z nas ma bowiem jakąś część siebie, której nie znosi. Prawda jest taka, że składamy się nie tylko z samych zalet. Uznajemy światło w nas, ale cień jest czymś co ignorujemy i czego nie chcemy widzieć. Zatem nasza niechęć do niektórych osób wynika z  naszego "cienia" czyli tej wypartej, niewidocznej dla nas części nas.  Nasza CIEMNA STRONA zawiera najbardziej prymitywne, negatywne, nieładne, ludzkie emocje i impulsy jak: wściekłość, zazdrość, skąpstwo, egoizm, żądza władzy, strach, mściwość, lenistwo, wrogość, brak akceptacji itp. Wstydzimy się naszej agresji, nieśmiałości, lęków, kompleksów więc staramy się je z własnej psychiki wyrugować. Ale te wyparte do podświadomości części naszego "ja" wcale nie odchodzą /jakby mogło się wydawać/ w niebyt, bo one tak naprawdę dalej są w nas. I dzieje się coś dziwnego. My nie dostrzegamy już ich u siebie, ale one wyjątkowo dotkliwie drażnią nas u innych. Rzecz w tym, że nie tylko nas wkurzają, ale także niepokojąco fascynują. Więc kiedy mocno kogoś krytykujemy, obmawiamy lub obsesyjnie wyszydzamy czyjeś wady, powinniśmy się mocno nad sobą zastanowić. Dlaczego to mnie tak drażni, z czego tak naprawdę wynikają moje emocje. Dobroć, czułość, altruizm zawsze mają drugą, ciemną stronę: egoizm, agresję, destrukcję. Nie wystarczy więc wyprzeć się swojego cienia. Cień to nie zbędny rupieć, grat,  który można po prostu wyrzucić. Człowiek jest bardziej skomplikowany od kosza na śmieci. Z tej przyczyny to, co wyrzuciliśmy z naszego "ja", wcale nie leży sobie spokojnie w pojemniku z napisem "przeszłość". Im bardziej chcemy zapomnieć o swoim cieniu, tym bardziej rośnie on w siłę, a to dzięki wysiłkowi wkładanemu w to, by o nim zapomnieć. Tłumienie cienia jest tak samo skutecznym lekarstwem dla duszy, jak zastosowanie gilotyny na ból głowy. Podobnie zawodne jest też przenoszenie własnego cienia na innych. Wypieranie cienia to oszukiwanie samego siebie i niewyczerpane źródło hipokryzji. Przykładowo: złorzeczymy na korupcję a sami dajemy łapówkę lekarzowi, wściekamy się na niesolidnego fachowca a sami olewamy swoje obowiązki w pracy, wytykamy nieuczciwość kasjerowi bo źle wydał nam resztę a sami znalezioną na ulicy czy w tramwaju gotówkę chowamy do kieszeni jak swoją itd. itp. Zatem może lepiej zdobyć się na trochę odwagi, spojrzeć w głąb siebie i być uczciwym z samym sobą. Zamiast potępiać innych i tym samym zwodzić samych siebie lepiej zaakceptować fakt, że w nas samych też tkwi zalążek każdego świństwa. Wbrew pozorom taka świadomość – jak każda prawda może być uwalniająca, może stać się źródłem naszej siły. Siły, która ostatecznie może pomóc nam utrzymać wewnętrzną równowagę.

środa, 18 marca 2026

Trzymaj sztamę ze sobą...


 Bycie po swojej stronie jest fundamentem zdrowia psychicznego, samoakceptacji i budowania trwałego poczucia własnej wartości. Oznacza aktywne wspieranie siebie, traktowanie się z życzliwością, a także dbanie o własne granice i potrzeby, zamiast nieustannego szukania akceptacji u innych. Często nie nauczono nas być po swojej stronie...  wielu z nas wyniosło z dzieciństwa, nawyk pomniejszania siebie, dostrajania się do innych kosztem własnych potrzeb i uznawania cudzych emocji za ważniejsze niż własne. W rodzinach, w których miłość była warunkowa, emocje były bagatelizowane, zawstydzane albo ignorowane, dziecko uczy się jednej rzeczy: przetrwanie zależy od tego, czy będę niewidoczne, bezproblemowe, grzeczne, czy zasłużę. Z czasem staje się to wewnętrznym mechanizmem... zanim zapyta siebie, co czuje, sprawdza, czego oczekują inni. Zanim uzna swoje zmęczenie, zastanawia się, czy nie przesadza. W efekcie jako dorosły człowiek, potrafi być lojalny wobec wszystkich, tylko nie wobec siebie. Bycie po swojej stronie zaczyna się od bardzo konkretnej zasady: nie rób sobie tego, czego nie zrobiłabyś drugiej osobie. Jeśli nie powiedziałabyś przyjaciółce "jesteś beznadziejna", nie mów tego do siebie. Jeśli uznałabyś czyjeś zmęczenie za realne, uznaj też swoje. Jeśli czyjeś granice byłyby dla ciebie oczywiste, nie przekraczaj własnych. Gdy ktoś o coś prosi, pierwsze pytanie nie powinno brzmieć: co pomyśli, jeśli odmówię?, lecz: "czy mam dziś czas, energię, gotowość"?. Bycie po swojej stronie oznacza również zmianę języka wewnętrznego. Słowa typu jestem beznadziejna, zawsze wszystko psuję, jestem wybrakowana, ze mną jest coś nie tak... nie pojawiły się znikąd. Najczęściej "wewnętrzny krytyk" to echo dawnych ocen, zawstydzeń, porównań. Mózg przyzwyczaja się do takiego tonu i zaczyna traktować go jak prawdę. Tymczasem to tylko utrwalona narracja, a nie obiektywny opis rzeczywistości. Oczywiście, stanięcie po swojej stronie nie polega na udawaniu, że zawsze wszystko jest w ok, ani na wypieraniu się własnych błędów. Polega na odpowiedzialności ale bez autoagresji. Na zdolności powiedzenia: to mi nie wyszło... zamiast jestem beznadziejna. Na przyznaniu: to mnie zabolało... zamiast znowu przesadzam.  Najpełniejsza zmiana dokonuje się wtedy, gdy przestajemy traktować siebie jak wroga czy przeciwnika, którego ciągle trzeba dyscyplinować, a zaczynamy być dla siebie sojusznikiem. Zaczynamy traktować siebie jak osobę, z którą jesteśmy w dobrej relacji na całe życie. A w tej relacji, jak w każdej innej potrzebna jest lojalność, czułość i uczciwość. Bycie po swojej stronie nie oddala nas od ludzi.  Paradoksalnie dopiero wtedy możliwe są relacje oparte na wyborze, a nie na lęku. Cóż,  jeśli "trzymanie sztamy ze sobą" staje się powodem rozpadu jakiejś relacji to znaczy tylko, że nie mamy czego żałować, bo nie była to relacja oparta na wzajemności... 

wtorek, 17 marca 2026

Ze skrajności w skrajność...


 Najczęściej mówi się o psiej krzywdzie w kontekście skrajnych zaniedbań, znęcania się, porzucenia itp. zdecydowanie mniej o nadmiernej opiece, prowadzącej do ograniczania naturalnych potrzeb psa. Niestety nie dla wszystkich jest oczywiste, że zarówno ignorowanie potrzeb psa, jak i zaspokajanie własnych lęków poprzez nadmierne "otulanie" psa, są dla zwierzęcia niekorzystne. Zdrowa relacja człowieka z psem opiera się na sprawczości empatycznej tzn. na rozumieniu, czego pies potrzebuje /spacer, węszenie, spokój, znaczenie terenu, socjalizacja z innymi psami itp./, a nie na tym czego my chcemy mu dostarczyć. Pies to nie człowiek, to odrębny gatunek, który ma swoją etologię, swoje instynkty i potrzeby... o czym ludzie wydaje się, że coraz częściej zapominają traktując swojego pupila jak dziecko. Nadmierne uczłowieczanie psa polega na przypisywaniu zwierzęciu ludzkich cech, motywacji i emocji oraz traktowanie go jak "dzidziusia" co prowadzi do tego, że człowiek ignoruje jego naturalne, gatunkowe potrzeby. Mówiąc wprost nie pozwala psu być psem. A to często prowadzi do poważnych problemów behawioralnych i zdrowotnych psa. Od lat obserwowany trend /napędzany przez marketing/ kupowania psom najczęściej całkowicie zbędnych akcesoriów, nieustannie rośnie w siłę. I powiedzmy sobie szczerze, że w tych ubrankach i obrożach z kryształkami Swarovskiego  porządny pies wygląda jak "idiota" a cały ten trend niestety przyczynia się też do tego, że coraz częściej pies traktowany jest jak "maskotka do przebierania", jak żywa zabawka. Noszony w torebce ... spełnia chyba funkcję breloczka ?  Wydaje się, że ludzie nie rozumieją, że uczłowieczając psa nadmiernie, nawet jeśli chcą w ten sposób, mówiąc kolokwialnie, nieba mu przychylić, to tak naprawdę unieszczęśliwiają go, odbierają mu autonomię i obrażają psa jako gatunek. Tak sobie myślę, że to nadmierne uczłowieczanie zamiast miłości, często jest wyrazem egoizmu właściciela, który zaspokaja własne potrzeby emocjonalne kosztem dobrostanu zwierzęcia.

piątek, 13 marca 2026

Idąc do teatru trzeba uważać by nie wyjść na głupca...

 



Aktorzy z Warszawy ...gościnnie we Wrocławiu.

Dawno nie byłam w teatrze więc gdy zostałam zaproszona przez znajomych na komedię "Kolacja dla głupca" i to z taką obsadą liczyłam na wspaniały wieczór.  Tymczasem zacny aktor i reżyser w jednej osobie odpuścił sobie występ akurat w tym przedstawieniu, które przyszło mi oglądać. To był pierwszy zawód. A drugi to już po fakcie . Obejrzawszy całość... z przykrością stwierdziłam, że tę "kolację" zdecydowanie należało sobie odpuścić...

Obniżający się poziom sztuk teatralnych to m.in efekt stawiania na tanią rozrywkę ponad sztukę wysoką. Rozumiem, że aktor też człowiek musi z czegoś żyć... nie ma nic złego w tym, że chałturzy by dorobić. Jednak schodzenie poniżej poziomu, proponowanie innym czegoś, czego sam najpewniej nie uznałby za godne polecenia budzi mój sprzeciw. To nieuczciwe nabijanie widza w butelkę. Niestety chałturzenie w aktorstwie wiąże się najczęściej z występami poniżej poziomu artystycznego, w słabej jakości sztukach. Motywem przewodnim tych chałtur są pieniądze a nie żadna aktorska misja. Aktorstwo w/g starej szkoły to połączenie rzemiosła z artystyczną misją opowiadania o ludzkiej kondycji. Tymczasem coś jest nie tak z kondycją samych aktorów, którzy biorą udział i firmują swoją twarzą przedsięwzięcia, w których chodzi tylko o to by przy jak najmniejszych nakładach sił i środków zarobić ile się da.

Sezon turystyczny uważam za rozpoczęty ...



Fot. własne


Trochę przyjaznej aury i  ruszyłam w teren. Tym razem zwiedzałam okolice Legnicy i Jawora... czego dowodem powyższe migawki. 
Pałac w Warmątowicach Sienkiewiczowskich. Barokowy pałac niedaleko Legnicy, który został na mocy testamentu Alfreda von Olszewskiego zapisany Henrykowi Sienkiewiczowi, ten jednak spadku nie przyjął.
Legnickie Pole...wieś warta odwiedzenia. Najważniejsze atrakcje to Bazylika św. Jadwigi – barokowa świątynia z XVIII wieku i Muzeum Bitwy Legnickiej, mieszczące się w dawnym kościele.
Pałac w Wądrożu Wielkim / wieś w pow. Jawor/ a wokół pozostałości parku krajobrazowego oraz zabudowania folwarczne: oficyny mieszkalno-gospodarcze, stajnie, obory i inne budynki gospodarcze. Imponujący obiekt .
 Zaniedbany i opuszczony zabytkowy Dwór w Snowidzy /pow. jaworski/ wraz z niszczejącymi pospołu z nim zabudowaniami folwarcznymi...

niedziela, 8 marca 2026

Moje niepokoje...


 Ciągle nie mogę pojąć... jak to możliwe, aby w Polsce... kraju tak doświadczonym swego czasu przez nazistów i faszystów, idee te ponownie znajdowały posłuch i podobały się wcale nie małej rzeszy społeczeństwa. Mamy partie /zasiadające nawet w ławach sejmowych/, jak też różnego rodzaju organizacje, których działania są z ducha faszystowskie. Mamy rozliczne fundacje, które pod płaszczykiem patriotyzmu wspierają finansowo ekstremistyczne grupy. Czytam, że środki często trafiają do organizacji skrajnych, co jest bardzo niepokojącym zjawiskiem. Niektóre uczelnie publiczne i kościelne stały się wylęgarniami tego typu myślenia o świecie. W wypowiedziach, czy to prywatnych, czy publicznych np. w internecie na kanałach YouTube i nie tylko można obserwować, że ludzie często pozwalają sobie na dowolną formę antysemityzmu, rasizmu, ksenofobii, nacjonalizmu w stopniu nawet takim ekstremistycznym, a mimo to nie spotyka ich nic złego. Łamią polskie prawo, wiedzą o tym i nic się nie dzieje. Więc dalej łamią, bo dlaczego mieliby go nie łamać, skoro... nic się nie dzieje?  A podobno polskie prawo ma wystarczające narzędzia do ścigania rasizmu, ksenofobii i promocji nazizmu czy faszyzmu, tyle, że z jakiś powodów rzadko są one używane w odpowiedni sposób. Dobrzy Polacy patrzą na faszyzm i go nie widzą??? Czas pokaże co z tego "niewidzenia" wyniknie... czy aby znowu nie okaże się, że "Polak mądry po szkodzie" ?  Myślę, że dobrym zakończeniem tego wpisu będzie refleksja dziennikarza "Newsweeka" Dawida Karpiuka: 


"Faszyzm nie istniałby bez tych, którzy go uparcie nie chcą zobaczyć ".


sobota, 7 marca 2026

Idzie nowe ...


        Fot. własne

Jeszcze ziemia paruje, staw lodem błyska,
ale ciekawskie przebiśniegi wychylają już głowy.
A to znak, że... idzie nowe.

piątek, 6 marca 2026

Ludzie się zmieniają, ale nie tak bardzo...



 "Ludzie się nie zmieniają (...). Po prostu z większą precyzją ukrywają swoje prawdziwe ja. "   - Ruth Ware

Obserwując ludzi w swoim otoczeniu bez trudu zauważymy, że nie można postawić znaku równości pomiędzy zaawansowanym wiekiem a mądrością życiową. Chyba każdy zna stosunkowo młode osoby, które wydają się nad wyraz dojrzałe oraz ludzi w średnim wieku, których można byłoby określić jako infantylnych i nieodpowiedzialnych. Jest tak, ponieważ po osiągnięciu dojrzałości nie można już mówić o samoistnym "dorośleniu". Jeżeli ktoś w młodości był ostrożny, konserwatywny i cenił stabilizację, na starość prawdopodobnie będzie taki sam, tylko z większym bagażem doświadczeń. "Klasowy klaun" często pozostaje nim po latach, a osoba spokojna zazwyczaj taką pozostaje. Osoba z wysokim poziomem otwartości będzie szukać "odrobiny szaleństwa" w każdym  wieku, zmieniając tylko formę tego szaleństwa. Przez te przykłady chcę powiedzieć, że osobowość jest niejako fundamentem każdego z nas. Socjalizacja pierwotna /w dzieciństwie/ kształtuje rdzeń naszej osobowości, który później trudno zmienić. Niemniej ludzie zmieniają się pod wpływem doświadczeń, ról społecznych czy traumatycznych wydarzeń a więc ich osobowość jak najbardziej ma szansę ewoluować. Jednakże, zmiany te są zazwyczaj powolne i wymagają sporego wysiłku. Zatem czy przyklaskuję R. Ware mówiącej , że ludzie się nie zmieniają ? Nie! Bo to stwierdzenie jest zbyt dużym uproszczeniem, zawierającym w sobie tylko ziarno prawdy, ale nie opisującym pełnego obrazu ludzkiej natury.  Żeby nie było : ludzie mogą się zmieniać - nie przeczę, problem raczej w tym, że nie zawsze chcą.   Ludzie mogą się zmieniać ...tyle że zmiany te nie następują same z siebie. Każda zmiana w człowieku wymaga od niego gotowości, jego świadomego wysiłku, czasu i motywacji. Jesteśmy tym, kim jesteśmy, i na pewnym poziomie czujemy się z tym komfortowo, nawet jeśli sprawia nam to przykrość. Myśl o zmianie może wydawać się bardzo niepokojąca i przerażająca. Dlatego łatwiej i bezpieczniej jest wybrać tego znanego diabła. Człowiek z natury nie lubi zmian, czuje opór przed nimi bo jego mózg preferuje znane wzorce, nawyki i święty spokój ... to też i praca nad sobą, nad własnym rozwojem najczęściej nie jest jego priorytetem. Nawet gdy czasem sam deklaruje chęć zmiany to deklaracje zmiany rzadko idą w parze z jej realizacją. Cóż, same chęci nie zmieniają człowieka. Brak chęci do wysiłku, do pracy nad sobą sprawia, że ludzie najczęściej nie zmieniają swoich wad, zachowań, poglądów lecz tylko doskonalą mechanizmy obronne, uczą się je lepiej maskować, wybierają udawanie... by zyskać aprobatę społeczną, by uniknąć odrzucenia lub konsekwencji.  Zatem stwierdzenie o ukrywaniu prawdziwego ja jest w tym kontekście prawdziwe.  Z wiekiem uczymy się lepiej "grać" swoje role społeczne, co sprawia wrażenie, że jesteśmy inni, podczas gdy po prostu lepiej panujemy nad wizerunkiem. Powiedziałabym, że najczęściej nie zmieniamy naszego "rdzenia", a tylko uczymy się lepiej zarządzać swoim zachowaniem w społeczeństwie, co jest naturalnym procesem adaptacyjnym, a nie tylko kłamstwem czy ukrywaniem naszej prawdziwej natury.

Podsumowując:

Cytat z Ruth Ware wydaje mi się trafny w kontekście toksycznych relacji lub powierzchownych deklaracji, gdzie ludzie często wracają do swoich starych nawyków. Jednak z szerszej perspektywy nie jest prawdą gdyż ludzie potrafią dokonywać zmian, jeśli wykażą się samoświadomością i pracą nad sobą... mogą się zmieniać, ale zmiana ta wymaga wysiłku i nie jest gwarantowana. Częściej niż o rzeczywistej, totalnej "zmianie" charakteru, możemy raczej mówić o jego ewolucji lub o lepszym zrozumieniu samego siebie...


wtorek, 3 marca 2026

Tak sobie o życiu...


 

W życiu bywają noce i bywają dnie powszednie, a czasem bywają też niedziele. Rzadziej się to zdarza niż w kalendarzu.

  - Maria Dąbrowska  


O tak! Życie często składa się z trudnych chwil, szarej codzienności oraz rzadkich, radosnych momentów. Pełne spektrum ludzkich doświadczeń obejmuje kontinuum od cierpienia po dobrostan, przeżywanie zarówno radości, spokoju, smutku, lęku, złości. Bujamy się więc na "sinusoidzie życia" nie wiedząc co tym razem przypadnie nam w udziale. Z całą pewnością jednego możemy być pewni...życie niczego nam nie oszczędzi. I choć czasem trudno w to uwierzyć to jednak, ten / " życiowy poligon "/ nie jest całkiem pozbawiony sensu. Wiadomo przecież, że przeżywanie różnorodnych doświadczeń / w tym też tych trudnych i bolesnych / w połączeniu z refleksją na ich temat, buduje naszą mądrość życiową i pozwala integrować trudne wydarzenia w życiorysie, uczy odporności, umiejętności radzenia sobie. Pozwala na pełniejsze zrozumienie siebie, innych oraz świata. Często przeżywane przez nas problemy, trudności, traumy...  sprowadzają nas z "obłoków naiwności" na ziemię, zmieniają nam perspektywę, motywują i niejako wymuszają na nas konieczność poczynienia  zmian. Bywa jednak, że wtedy gdy się z nimi borykamy myślimy o tym : " jaki piękny byłby świat bez trosk, jak cudowne byłoby życie gdyby było nieprzerwanym pasmem szczęścia". Czy aby na pewno? Gdyby nasze życie było nieprzerwanym pasmem szczęścia – rozumianym jako ciągła euforia, brak zmartwień i absolutny brak negatywnych doświadczeń to żyło by się nam idyllicznie? Paradoksalnie wcale nie byłoby tak dobrze jak to się nam wydaje. Taki stan wbrew pozorom przyniósłby negatywne konsekwencje...krótko ujmując nie byłby to dla nas zdrowy stan. Po pierwsze, życie całkowicie pozbawione trosk i wyzwań nie wspomaga, a wręcz  hamuje nasz rozwój psychiczny. Po drugie, wiadomo przecież, że dojrzałość, odporność psychiczna i umiejętności radzenia sobie z problemami kształtują się właśnie poprzez konfrontację z trudnościami, a nie poprzez ich unikanie. Sumując więc, życie "bez trosk" może być przyjemne, ale to pokonywanie trudności buduje naszą psychikę i przygotowuje do radzenia sobie z życiem. Dlatego też "niedziela" jest wspaniała jako odpoczynek po pracy, ale jako stan permanentny prowadziłaby do egzystencjalnej pustki, nudy, do stanu, w którym przestajemy odczuwać przyjemność. Podobnie rzecz by się miała gdybyśmy mogli żyć w nieustającym stanie absolutnej radości i szczęścia. Z czasem uznalibyśmy go za naszą nową normą, przez co przestalibyśmy go zauważać i doceniać. Nie bez powodów więc życie dostarcza nam kontrastów. Pojawiają się w określonym celu. Bowiem kontrast jest swoistym narzędziem, które pomaga nam odróżnić "czarne" od "białego", co jest niezbędne do nawigowania przez życie, do uczenia się na błędach i do świadomego kształtowania własnej rzeczywistości. Kontrast działa jak punkt odniesienia, dzięki któremu łatwiej rozumiemy naturę rzeczy, podejmujemy lepsze decyzje, lepiej definiujemy rzeczywistość. Czasem mamy pretensje, że większość dni w naszym życiu to dni powszednie - utkane z pracy, wyzwań i trudów... ale to właśnie są nasze "warsztaty", nasz czas na pobieranie życiowych lekcji. Nauka, nie lubi chodzić na skróty, jest procesem wymagającym: czasu, powtórzeń i utrwalania. A to czy i jak radzimy sobie z codziennymi wyzwaniami, zarówno tymi małymi, jak i z tymi kryzysowymi jest swoistym sprawdzianem naszych kompetencji życiowych. Życie nie jest jednostajne a pełnia ludzkiej egzystencji niestety wymaga doświadczania i akceptacji wszystkiego co owa egzystencja ze sobą niesie.

Słowa Marii Dąbrowskiej to metafora zmienności ludzkiego losu, akceptacji życiowego rytmu oraz przeplatania się cierpienia /noce/ z rutyną /dni powszednie/ i rzadkimi chwilami spokoju lub radości /niedziele/. Wyrażają konieczność pogodzenia się z przemijaniem i zdolność odnajdywania sensu w trwaniu. Nasze życie to także ciągłe balansowanie, które oznacza naszą nieustanną potrzebę poszukiwania równowagi i harmonii między skrajnościami, wyzwaniami a spokojem. I właśnie to ta umiejętność balansowania pozwala nam nie tylko przetrwać burze, ale także czerpać radość z codzienności...

niedziela, 1 marca 2026

Tak, czuję złość, że nie mam wpływu...

 


Czytam, słucham wiadomości i... czuję realny lęk. Napięcie w całym ciele. Gniew, smutek, bezsilność wobec faktu, że decyzje podejmowane gdzieś wysoko poza mną szarym obywatelem, które wpływają na mój los, na losy świata, w którym żyję i nie mam na nie żadnego wpływu. Staram się rozwijać, pracować nad sobą, budować w sobie spokój, uczyć się regulacji, wdzięczności, uważności, przebaczania. To ma dla mnie sens bo mnie wzmacnia. Ale to nie zmienia faktu, że w tym samym czasie po świecie chodzą wszelakiej maści dranie zdolni do realnego zła. Ludzie, którzy podejmują decyzje z poziomu siły i dominacji...z przerośniętym ego w tle.  Tak się dzieje i moja duchowość tego nie zatrzyma, nie mam na to wpływu. Łatwo w takich razach próbować ucieczki w "wysokie wibracje". W narrację, że wystarczy podnieść świadomość, trzeba patrzeć na świat pozytywnie, nie warto dołować się  trudnymi tematami, skoro nie mam wpływu to co mnie to obchodzi. Można by też próbować ucieczki w uzależnienia. To kusząca perspektywa, bo pozwala nie dotykać bezsilności. Nie konfrontować się z faktem, że nad wieloma rzeczami zwyczajnie nie mam kontroli. Trudno jest przyznać, że świat nie jest w całości dobry. Trudno jest czuć bezradność wobec przemocy, łajdactw wszelkiej maści. Nie jest łatwo powiedzieć sobie wprost, że człowiek nie jest z gruntu dobry, że istnieją ludzie, którzy świadomie wybierają zło, niszczenie. Łatwiej jest odwrócić wzrok, żeby nie widzieć, nie czuć. Łatwiej jest unikać trudnych emocji. Tyle że lęk, wściekłość i dezorientacja wobec realnych wydarzeń nie są porażką. To są jak najbardziej ludzkie reakcje na coś, co jest realnie niepokojące. Dlatego daję sobie przyzwolenie na czucie tego co czuję...przecież świat nie stanie się lepszy tylko dlatego, że będę udawać, że jest. Rozwiązaniem nie jest ani ucieczka, ani zaciskanie zębów, czy życie w iluzji tylko bycie blisko tego, co trudne, stawienie czoła lękom, złości, bezradności - i uczenie się regulacji tych emocji bez zaprzeczania im. Istotnym jest by nauczyć się żyć z tą wiedzą, bez uciekania i pozwalania, by odebrała zdolność do bycia człowiekiem...

sobota, 28 lutego 2026

Obłuda...

 


Obłuda i podwójne standardy stały się już normą społeczną, a nie tylko wyjątkowym, potępianym zachowaniem. A jeżeli coś jest obowiązującą normą przestaje być piętnowane, a staje się "narzędziem" codziennego funkcjonowania. "Dwójmyślenie" czyli taka wyćwiczona umiejętność jednoczesnego wierzenia w dwie sprzeczne idee... stało się na dzień dzisiejszy powszechną praktyką pozwalającą hipokrytom usprawiedliwiać własne sprzeczne działania bez poczucia winy, bez wyrzutów sumienia. Ludzi w "maskach"  faryzeuszy, skrywających prawdziwe oblicza i intencje nigdy nie brakowało. Od zawsze byli tacy z pozoru "nieskazitelni", którzy świadomie manipulowali otoczeniem by czerpać z tego osobiste korzyści. Jeśli wierzyć Biblii to już Jezus miał z takimi problem...piętnował obłudę faryzeuszy, a w Ewangelii Mateusza czytamy -

* Mt 23, 25: "Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dbacie o czystość zewnętrznej strony kubka i misy, a wewnątrz pełne są one zdzierstwa i niepowściągliwości".

* Mt 23, 27: "Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są trupich kości i wszelkiego plugastwa".

Jak widać to "piętnowanie" nie przyniosło oczekiwanego skutku. Bowiem faryzeusze można rzec, urośli w siłę. Współczesna psychologia uważa, że hipokryzja ma swoje źródło w niskim poczuciu własnej wartości... że to strach przed oceną sprawia, że człowiek przybiera dwie twarze, kreuje sztuczny wizerunek siebie, dopasowując się do oczekiwań otoczenia. W konsekwencji brak autentyczności sprawia, że zamiast uczciwie spojrzeć na siebie, hipokryta stosuje obwinianie innych, by odwrócić uwagę od własnych niedoskonałości. I to jest ten "korzeń", z którego wyrasta krzew obłudy. Pora kończyć ten myślotok. A więc do brzegu. Mój wniosek końcowy brzmi tak...ogrom obłudy, hipokryzji i hipokrytów we współczesnym świecie jest porażający i z całą pewnością jest istotnym wskaźnikiem kryzysu wartości i coraz słabszej kondycji psychicznej człowieka... 

 


wtorek, 24 lutego 2026

AI Characters Dancin - Kelly Boesch AI Art


 Włącz napisy na teledysku /pojawi się tłumaczenie tekstu piosenki/

Mogę śmiało rzec, że muzyka, taniec to moja terapia... to ucieczka  od szarej codzienności... odcięcie się od natłoku myśli, zmartwień i codziennych problemów...taniec pozwala mi "wytańczyć" to co zablokowane w ciele...  to mój sposób na naładowanie baterii... "oczyszczona" wracam do codzienności z większą odpornością psychiczną... A gdy na drugi dzień po szaleństwie na parkiecie coś mnie boli w mięśniach... to nie odbiera mi to dobrego humoru... bo w takich razach przynajmniej wiem od czego ... 😂

Spokój...


 Spokój · Surwiwal21w & Grajek – Folk & Club Project · Leszek Wiklak - Grajek


PRZESTAĆ SZUKAĆ I PO PROSTU BYĆ...
Szczęście stało się towarem, który jest mocno promowany i … często przynosi ludziom wiele stresu. Ludzie doprowadzają się do szaleństwa, próbując być szczęśliwi... i są bardzo rozczarowani, kiedy im się to nie udaje. Ciągle próbują doścignąć doskonałość, prześcignąć innych a to sprawia, że goniąc za iluzjami nigdy nie odnajdują / tego co naprawdę ważne / wewnętrznego SPOKOJU. Spokój to nie to samo co szczęście, które niczym iskra pojawia się i znika. Spokój w nas to stan emocjonalnej równowagi, jasności umysłu i harmonii, to uwolnienie od nadmiernego stresu i lęku, niezależny od okoliczności zewnętrznych. Ten spokój nie oznacza braku problemów czy ich unikania lecz umiejętność radzenia sobie z nimi z zachowaniem wewnętrznej harmonii. Wewnętrzny spokój to nie luksus. To fundament naszej codzienności. Budujemy go "cegła po cegle" przez poznanie i odrzucenie iluzji, którym nieświadomie ulegamy, przez akceptację rzeczywistości takiej, jaka jest, przez uważność, pracę nad swoimi emocjami, przez dbanie o własne potrzeby i granice. Dużo tego ? Cóż nie ma nic za darmo.

poniedziałek, 23 lutego 2026

Jeszcze tańczę...


 Fot własne

Choć czas kreśli na twarzy ślady swe,
W sercu wciąż młodość, jeszcze tańczyć chcę!
Nie patrzę na metrykę, na kłody, co pod nogi,
Chcę czuć rytm życia, uciec od trwogi.                                                                                        Gdy muzyka płynie, znikają szare dni,                                                                                 W sercu ciągle ten sam słoneczny trzepot.                                                                           Dopóki dusza gra i słońce świeci mi,                                                                                           Na parkiecie życia wciąż tkwię...

– Tańczyć chcę,  tańczyć chcę!


Ps. Moje weekendowe tańce , było super...

sobota, 21 lutego 2026

Akcent na "było"...


 

W starzeniu się najgorszy jest czas przeszły. Człowiek /bez względu na płeć/ coraz częściej słyszy jak mówią o nim właśnie w czasie przeszłym choć przecież jeszcze żyje: " kiedyś była ładna", "była żoną tego a tego", "był nauczycielem tu i tam", "była matką"," był dyrektorem lub inną, mniej lub bardziej ważną personą" itd. Słysząc to ma się poczucie bycia "historyczną postacią" we własnym życiu. Otoczenie często definiuje życie starszej osoby wyłącznie przez pryzmat wspomnień, a nie bieżących działań. Przesunięcie perspektywy z "teraz" na "kiedyś" zmusza do bolesnej konfrontacji z utraconymi już czynnymi rolami społecznymi, generuje przykre poczucie bycia definiowanym przez pryzmat przeszłość a nie obecnej aktywności. Daje poczucie, że kiedyś byłam/byłem, teraz... mnie nie ma, świat nie zauważa tego, że jeszcze "jestem". A to bywa silnym źródłem stresu i poczucia obniżonej wartości, poczucia bycia "wczorajszym", nieużytecznym. Czas przeszły jako synonim straty boleśnie przypomina starzejącemu się człowiekowi o rzeczach, ludziach i sprawnościach, które już nie wrócą. "Była/był" oznacza brak możliwości zmiany stanu obecnego. Oznacza konfrontację z utratą własnej atrakcyjności, z przemijaniem fizycznym, z samotnością, z chorobami, z lękiem przed utratą samodzielności. Najgorsze w starzeniu się nie jest samo ciało, ale poczucie, że życie przechodzi z trybu dokonywania w tryb wspominania, a to sprawia, że zaczynasz człowieku czuć się jak jakieś pieprzone, zakurzone "archiwum", a nie jak aktywny uczestnik życia... 


Ja taka nie jestem, to ty jesteś zła!

 Skąd bierze się w nas ta wyjątkowa niechęć do teściowej mającej wiecznie wszystko i wszystkim za złe, do nauczycielki, która zawsze wie lep...