piątek, 30 stycznia 2026
Być dobrym ale bez przesady ...
piątek, 23 stycznia 2026
Bycia babcią też trzeba się nauczyć...
Często słyszę, że wnuki kocha się bardziej niż własne dzieci. W takim razie ja jestem inna i tego nie zmienię. Szczerze ? Zastanawiam się jak w ogóle można tak powiedzieć? A może to efekt nieprzepracowanych relacji z własnymi dziećmi u osób, które tak twierdzą? Moje dzieci były i są moim największym skarbem. Wnuki są przede wszystkim skarbem moich dzieci. A to znaczy, że nie próbuję zagrabić sobie ich skarbu. Kochając i szanując swoje dzieci w naturalnej konsekwencji kocham też ich dzieci a moje wnuki ale to nie oznacza żadnego "bardziej". Będąc babcią, dodajmy do tego nie jedyną w rodzinie a i wśród znajomych także...siłą rzeczy mam dość szerokie pole obserwacyjne. I zauważam w zachowaniu tychże babć dziwny trend do rywalizacji. Rywalizują o sympatię wnuków, rywalizują między sobą o miano tej "lepszej", często rywalizują też i z rodzicami dzieci. Nie wiem czy te babcie nie zrealizowały się w swoim czasie macierzyńsko? Czy może wynika to z jakiegoś problemu natury psychologicznej, który należało by przerobić na kozetce u psychoterapeuty? A może ta rywalizacja wynika z chęci dominacji, z zazdrości o relacje z wnukami, z poczucia bycia "tą lepszą" a może z kompleksów, z lęku przed odrzuceniem, z chęci bycia potrzebną? Nie wiem... pewnie każdy taki przypadek należy traktować indywidualnie. Wiem jedno, takie zaślepione babcie przepełnione tzw. "małpią miłością" są jak "odbezpieczony granat". Mniej lub bardziej świadomie wyrządzają i wnukom i ich rodzicom ogromną krzywdę. Ich działalność w rodzinie prowadzi do kłótni, napięć, wybuchów złości i poczucia bezradności u rodziców. One potrafią zepsuć relacje w całej rodzinie. Kluczem wydaje się być wyznaczenie im jasnych granic...
wtorek, 20 stycznia 2026
Stawanie się jest lepsze niż bycie - Carol Dweck...
sobota, 17 stycznia 2026
Życiowe burze ...
środa, 14 stycznia 2026
Kiedy przestajesz się przejmować...
poniedziałek, 12 stycznia 2026
Wyjść ze strefy komfortu... czy to konieczne ?
Odnoszę wrażenie, że coraz częściej słyszymy o korzyściach płynących z "wychodzenia ze strefy komfortu". Rzuca się tą poradą na prawo i lewo tak, jakby była lekarstwem na całe zło. A nie jest. A już na pewno nie w tej interpretacji, o którą dzisiaj najłatwiej. Sama idea jest w miarę okej. Tylko że pod słowem "wychodzenie" coraz częściej rozumie się "wystrzelenie" jak z armaty z taką prędkością, że amerykańskie myśliwce płaczą potem w hangarach od kompleksów a Elon Musk rozważa dawanie pieniędzy za przywiązywanie takich ludzi do swoich rakiet lecących na Marsa, by było szybciej. W powszechnym rozumieniu wyjście ze strefy komfortu oznacza świadome podejmowanie wyzwań, które znacznie wykraczają poza nasze codzienne przyzwyczajenia, rutynę czy poziom umiejętności. W społecznym obiegu panuje przekonanie, że pozostawanie w tzw. strefie komfortu oznacza utrzymywanie się wyłącznie w granicach tego, co znane i przewidywalne, a to ogranicza rozwój osobisty i może prowadzić do stagnacji i poczucia braku spełnienia, a zatem bez wychodzenia z strefy komfortu nie ma rozwoju. Pytanie tylko... czy rozwój naprawdę “lubi”, gdy dzieje się dużo, szybko i nagle? Zacznijmy od tego, że aby móc zamieszkać w swojej strefie komfortu, trzeba ją najpierw odnaleźć. Bo dla każdego to może oznaczać coś innego. Nie jest to łatwe, skoro większość z nas od lat głównie zajmuje się pogonią za nieuchwytnym celem lub walką o przetrwanie. Czy zmiany "lubią" zadziewać się poprzez nagłe i wielkie przewroty? Nie. Do zmian trzeba dojrzeć. Bo do tzw. "rozwoju osobistego" potrzeba dużo więcej niż dosłowne odbieranie sloganowych hasełek. To proces, który łatwiej można przejść posiadając swoją strefę komfortu. Zmiany "lubią" iść powoli, krok po kroku, z cierpliwością. Dlaczego? Bo np. wzorce, które chcemy zmienić, z jakichś powodów są właśnie takie, a nie inne i nie wzięły się znikąd. Nauczyliśmy się ich w toku doświadczeń. Zatem owe schematy, które obecnie nas "uwierają", kiedyś były nam prawdopodobnie potrzebne, do przetrwania w jakichś trudnych warunkach. Długo je praktykowaliśmy, regularnie ćwiczyliśmy i utrwalaliśmy schemat... aż stał się naszym automatyzmem. Zatem reagujemy w pewnych sytuacjach w taki, a nie inny (dobrze wyuczony) sposób z automatu, ale zdarza się, że kontekst naszego życia się zmienia i okazuje się, że te strategie, które kiedyś nam służyły, teraz przestały, nie sprawdzają się. Dlatego właśnie zmienianie ich jest tak wymagające emocjonalnie – bo dotyczy tych obszarów, w których to, co kiedyś działało, dziś przysparza nam trudności. Do tego generalnie nie lubimy zmian, dlatego oddalanie się od starego ku nowemu budzi w nas opór i wiele emocji, z lękiem na czele. Nie czujemy się wtedy komfortowo. Sam proces przyswajania wymaga też sporo czasu i pracy nad sobą by wyćwiczyć, utrwalić i zautomatyzować nowy schemat w miejsce tego, który się zdezaktualizował. Stąd niechęć, opór przed zmianą i chęć pozostania przy tym co znane i już oswojone nawet wtedy gdy nam to nie służy. Strefa komfortu to taki nasz "kaftan bezpieczeństwa", w którym się poruszamy mierząc się z wieloma aspektami życia codziennego – od relacji międzyludzkich, przez codzienne czynności, pasje, rytuały czy z pozoru prozaiczne wybory, po decyzje biznesowe, wpływające na naszą karierę oraz przyszłość. I co by tu nie mówić potrzebujemy swojej strefy komfortu dla poczucia bezpieczeństwa i regeneracji, ale... Zawsze jest jakieś ALE ...kluczowe jest balansowanie, znalezienie złotego środka. A to oznacza powolne przesuwanie granic – regularne, stopniowe poszerzanie ich i wychodzenie poza utarte schematy, aby uniknąć stagnacji, sztywności, zachowaczości i umożliwić wzrost. Zachowując jednocześnie możliwość powracania do swojej bezpiecznej bazy gdzie można się zregenerować. Opuszczając strefę komfortu, wystawiamy się na nowe doświadczenia, do których dotychczas nie potrafiliśmy się przełamać, decydujemy się na działania, które pozbawiają nas poczucia bezpieczeństwa, nierzadko wiążą się ze wzmożonym stresem i podejmowaniem ryzyka. I choć to wiele nas kosztuje i boimy się porażki to jednak porównywanie się z innymi, ta powszechna presja sukcesu, to nieustanne poczucie bycia niewystarczającym pcha nas do tego. Ciągle słyszymy żeby wychodzić ze strefy komfortu, cały czas rozwijać się, robić coś poza tym, co oswojone. Takie media społecznościowe zachęcają nas do ciągłej pogoni za doświadczaniem, posiadaniem, zdobywaniem kolejnych szczebli w karierze, tyle, że w gąszczu pięknych kadrów i ujęć łatwo zapomnieć o tym, że to jedynie wycinek często i tak wykreowanej rzeczywistości. Rutyna i codzienność nikogo już nie zachwyca...podziwiane i chwalone jest robienie niestandardowych rzeczy ponad miarę. Ciekawe czy ktoś się zastanawia z czego wynika ta pogoń, to ciągłe za mało, zrób więcej, lepiej ? Dlaczego naszą wartość nierzadko uzależniamy od liczby pełnionych funkcji, wykonywanych na co dzień zadań, posiadanych dóbr czy ekstremalnych wyczynów ? Może warto zastanowić się nad swoimi podstawowymi wartościami. Jeśli nie pamiętamy, kiedy ostatnio mieliśmy możliwość oddać się czynnościom, które je wyrażają, może to wskazywać na to, że wychodzenie ze strefy komfortu oddala nas od tego, co dla nas ważne? Pogoń za maksymalizacją korzyści czy to np. w zakupach czy byciu lepszym od innych, czy najlepszym w danej dziedzinie itp. wiąże się często z odwrotnymi skutkami niż zamierzone. Ta pogoń koreluje pozytywnie z depresją, perfekcjonizmem i żalem, a negatywnie ze szczęściem, optymizmem, poczuciem własnej wartości i zadowoleniem z życia. Bo przecież więcej nie oznacza lepiej. Mówią wyjdź ze strefy własnego komfortu! A po co ? A może ja tego nie chcę? To komunikat nie do każdego. Są osoby, które wychodzą ze strefy komfortu w nieodpowiednim momencie, tzn. takim, w którym nie mają na to zasobów, nie są na to przygotowane albo po prostu tego nie chcą. A robią to nierzadko w pewnym sensie przymuszone przez otoczenie, dialog społeczno-kulturowy czy trend w social mediach i wyczerpują tym swoje zasoby. Na jakimś etapie "budzą się" zmęczeni do granic wytrzymałości, z poczuciem niespełnienia z uczuciem życia nie swoim życiem. Wiem, żyjemy w czasach, w których dosyć trudno w strefie komfortu pozostać, ale nie dajmy się zwariować. Każdy z nas sam najlepiej wie co dla niego dobre. A przynajmniej wiedzieć powinien. Wystarczy się zatrzymać i zapytać siebie, wystarczy dać sobie czas i przestrzeń by przyjrzeć się sobie i temu co mamy co już osiągnęliśmy. Może zamiast gnać dalej zacznij "świętować" tzn doceniać i cieszyć się tym co masz ? W moim odczuciu dobrze jest praktykować wyjście ze strefy komfortu ale rozumiane jako doświadczanie nowych relacji, próbowanie nowych rzeczy, wchodzenie w nowe role – bo pozwala nam to aktualizować obraz samych siebie, nabywać umiejętności i doświadczeń, weryfikować dotychczasową wiedzę na swój temat. I to jest ok! Taka otwartość w nas też potrafi wyzwalać adrenalinę i dawać nam dowody na to, że nie zawsze właściwie oceniamy swoje możliwości. Pozwala pozytywnie się zaskoczyć i zweryfikować przekonania na swój własny temat ...
środa, 7 stycznia 2026
Uboczne skutki cyfryzacji ...
wtorek, 6 stycznia 2026
Takie tam przemyślenia...
Lubię prostych ludzi. Takich, którzy nie udają i nie grają kogoś, kim nie są. Którzy potrafią się szczerze uśmiechnąć, powiedzieć dobre słowo i tak po prostu być. Bez tej rywalizacji, zazdrości, bez udawania. Z sercem na dłoni i spokojem w oczach. Bo żeby być dobrym człowiekiem, nie trzeba przecież kasy, pozycji czy idealnego życia. Wystarczy mieć serce po właściwej stronie, być naturalnym, szczerym, otwartym na drugiego człowieka. Współczesne życie przypomina pas szybkiego ruchu, po którym wszyscy gnają na złamanie karku, żeby tylko nie dać się wyprzedzić innym. Ludzie są przepracowani, ciągle podpięci do sieci i zestresowani. Prześcigają się w tym, kto jest bardziej zajęty, bardziej potrzebny i bardziej niewyspany. W tym świecie wszyscy chcą splendoru, chcą często za wszelką cenę błyszczeć... a prostota /nie mylić z prostactwem/ staje się największym luksusem...
niedziela, 4 stycznia 2026
"Nie wiesz, jak silny jesteś, dopóki bycie silnym nie stanie się jedynym wyborem." /Bob Marley/
Nie lubię powierzchowności . Ludzie uwielbiają ukrywać się za maskami. Fałszywe uśmiechy, puste obietnice, słowa wypowiadane bez wagi. Większość przyzwyczaiła się do życia w tym społecznym teatrze, gdzie prawda jest zawsze upiększana, by wydawała się bardziej akceptowalna. Lubią karmić się iluzjami, grać w grę pozorów. Dlatego nie lubią też tych, którzy widzą ich "nagich", tzn. bez masek, którzy ich rozszyfrowują. I zamiast zmierzyć się ze swoimi słabościami, wolą obwiniać tego kto ich dekonspiruje. Nie uginam się też pod presją cudzych oczekiwań. Bo wiem, że jeśli sama nie zadbam o swoje życie, to nikt tego za mnie nie zrobi. Dlatego mam "prosty kręgosłup", duszę, która łatwo nie ugina się pod presją zewnętrzną. Wiem. Świat nie lubi tych, którzy się "nie kłaniają". Większość woli tych, którzy są posłuszni, którzy płyną z prądem, którzy nie kwestionują. Tacy są wygodniejsi. A ja cóż, mogę słuchać, mogę się zastanawiać, ale ostatecznie to mój osobisty wewnętrzny kompas decyduje o drodze. Bowiem sama decyduję o wszystkim. Podążam własną drogą. Ludzie tego nie lubią. Nie umiem i nie chcę się nikomu przypodobać, nie umiem wykorzystywać innych, niosę swój ciężar sama do końca. Nie zdradzam, nie sprzedaję siebie, nie jestem niczyją kopią. Nie pozwalam innym się kontrolować. Nie jestem tu po to by się wszystkim podobać. Jestem autentyczna, wierna sobie... nawet za cenę odrzucenia i samotności. Powinnam chyba tu dodać, że jak człowiek ma siebie to tak naprawdę nigdy nie jest sam, jest jedynie chwilowo pozbawiony towarzystwa innych osób. Większość ludzi, żyje po to by ich widziano, potrzebują braw, natychmiastowego uznania, klakierów, publiki. Jeśli nie mają publiczności nie podejmują działania. Potrzebują poklasku. Kolejna rzecz, to lojalność ... cenię ją bardzo wysoko, ale moja lojalność nie jest "ślepa". Cóż, trzeba ją zdobyć i utrzymać. Nie wybaczam też zdrady. Gdy ktoś mnie naprawdę zawiedzie moje "drzwi" zamykają się na zawsze. Nauczyłam się też zrywania więzi bez oglądania się za siebie. Ludzie oczekiwali ode mnie, że zawsze będę filarem wsparcia, silnym ramieniem, tą, która wybacza bez końca. Ale gdy zaczęłam stawiać wyraźne granice i wymagać tej samej uczciwości, którą oferowałam stałam się złoczyńcą. Gdy zaczęłam porządkować moje życie i usuwać wszystko co toksyczne postrzegali mnie jako "zimną babę". Ludzie nie rozumieją, że dla mnie utrzymanie godności jest ważniejsze niż utrzymanie powierzchownej relacji. A moja lojalność jest "świętym paktem" a nie dożywotnią gwarancja. Nie akceptuję mniej niż zasługuję. Mam zdolność do pójścia dalej bez urazy, ale też bez przebaczenia dla wielkich zdrad ...po nich drzwi zamykają się ostatecznie. Szukam trwałości w świecie, który niestety gloryfikuje to co ulotne. Nie interesują mnie przelotne namiętności, błyskawiczne sukcesy, ani przyjaciele z wygody. Szukam tego co solidne, co przetrwa próbę czasu. Nie jest łatwo - przyznaję. Ludzie gonią za najnowszymi trendami, zadowalają się powierzchownością, bylejakością, dlatego ja ze swoją postawą czuję często, że nie synchronizuję z współczesnym światem, pośpiechem i brakiem głębi. Niemniej jednak moja siła, niezależność choć może wywoływać odrzucenie, jest jednak tą samą siłą, która gwarantuje, że nie zgubię się w świecie. Bowiem wybierając prawdę, wybieram siebie, jestem ze sobą i idę w kierunku tego co naprawdę się liczy.
Ps.
Przestań grać w ich grę... Moje życiowe doświadczenie dowiodło mi, że :
w momencie gdy bardziej boisz się utraty kogoś niż utraty siebie... już przegrałaś/eś.
piątek, 2 stycznia 2026
O samotności inaczej...
Dziś chcę porozważać o tym dlaczego niektórzy ludzie nie mają przyjaciół lub mają ich bardzo niewielu na przestrzeni swojego życia. I nie chodzi mi tu o zdeklarowanych samotników czy ludzi z trudnościami relacyjnymi itp, ale o tzw. silne osobowości, które mają wiele do zaoferowania drugiej osobie a mimo to często są samotne. Moim zdaniem mieć niewielu przyjaciół bądź żadnych to nie jest słabość to konsekwencja życia z głębią i standardami, do których nie wszyscy są gotowi sięgnąć. Kiedy wybierasz uczciwość, szczerość i lojalność jako filary, nieuchronnie pozostajesz poza kręgami gdzie królują interesowność, pozory i wygoda. Nie przystajesz do tych kręgów. Odrzucą Cię pomimo Twojej dojrzałości charakteru a nie jego braku. Jest też druga strona tego samego medalu. Ty sam będąc wierny sobie i swoim standardom też nie chcesz takich ludzi wokół siebie. Bo wiesz, że jeden autentyczny związek jest więcej wart niż dziesiątki pustych relacji... ponieważ jakość zawsze przewyższa ilość. Im bardziej jesteś rozwinięty emocjonalnie, duchowo, tym masz mniejszą tolerancję na relacje bez autentyczności, na fałsz i powierzchowność czy dwulicowość. I to dlatego częściej niż inni czujesz się samotny gdyż nie potrafisz i nawet nie chcesz wchodzić w byle jakie relacje. Nie szukasz poklasku i akceptacji tłumu. Nie dopasowujesz się do oczekiwań innych, bo Twoje poczucie własnej wartości pochodzi z wnętrza, z tego kim jesteś a nie z tego co myślą o Tobie inni. Będąc osobą z wysoką niezależnością psychiczną stajesz się selektywny w relacjach bo nie boisz się samotności, nie wchodzisz w układy z lęku przed odrzuceniem, niczego nie udajesz, nie zakładasz masek by zyskać sympatię. Bowiem Twoja lojalność nie zależy od korzyści, ale od zgodności wartości. Masz też selektywne zaufanie, ukształtowane przez przeszłość. Twoje doświadczenia nauczyły Cię, że zaufanie nie rodzi się z dnia na dzień i jest czymś rzadkim. Nie jest dane z automatu, musi być zasłużone. Zaufanie, które przeszło próbę czasu jest mocniejsze niż tysiące słów. Wiedząc o tym już nim nie szafujesz. Tak sobie myślę, że osobowość selektywna, świadoma, nie zadowalająca się bylejakością, potrzebująca głębi, nie tolerująca fałszu... innymi słowy osobowość silna, refleksyjna, niezależna psychicznie, nie bojąca się samotności, bo zna wartość ciszy, osobowość , która nie musi być w centrum by czuć swoją wartość, która wie, że prawdziwe więzi powstająnie nie z potrzeby a z prawdy... jest osobowością rzadką. I wielu niestety postrzega ją jako trudną i niejako skazaną na samotność. Tyle że jej samotność jest dowodem a nie brakiem. Dowodem na to, że ma wysokie standardy emocjonalne, że nie wpuszcza każdego do swojego świata a jeśli ktoś już tam jest to naprawdę zasługuje. Osobiście powiedziałabym, że tacy ludzie nie są trudni są zwyczajnie prawdziwi. W dzisiejszym świecie gdzie wszystko chce być szybkie, łatwe i lekkie bycie taką osobą jest aktem odwagi. To paradoks, ale im bardziej jesteś silny wewnętrznie tym częściej idziesz samotnie. I to nie dlatego, że nie potrzebujesz innych, tylko dlatego, że Twoja siła odstrasza tych, którzy jeszcze nie odkryli swojej. Silni ludzie nie wymagają od innych by wypełniali ich braki. Nie zrzucają odpowiedzialności za emocje. Potrafią stać samodzielnie na własnych nogach z całym ciężarem życia na ramionach. I właśnie dlatego często są sami, bo niczego nie grają, nie udają, nie szukają poklasku i nie ukrywają swojej głębi tylko po to by inni ich akceptowali. Ich samotność to nie kara to wybór...czasem bardzo bolesny ale konieczny ...gdyż wiedzą, że nie każdy nadaje się do wspólnej drogi...
Paradoks dobrego serca...
Dlaczego to właśnie osoby dobre przyciągają złych/ toksycznych/ ludzi i najczęściej doświadczają cierpienia w relacjach? Paradoks Dobrego S...









