Odnoszę wrażenie, że coraz częściej słyszymy o korzyściach płynących z "wychodzenia ze strefy komfortu". Rzuca się tą poradą na prawo i lewo tak, jakby była lekarstwem na całe zło. A nie jest. A już na pewno nie w tej interpretacji, o którą dzisiaj najłatwiej. Sama idea jest w miarę okej. Tylko że pod słowem "wychodzenie" coraz częściej rozumie się "wystrzelenie" jak z armaty z taką prędkością, że amerykańskie myśliwce płaczą potem w hangarach od kompleksów a Elon Musk rozważa dawanie pieniędzy za przywiązywanie takich ludzi do swoich rakiet lecących na Marsa, by było szybciej. W powszechnym rozumieniu wyjście ze strefy komfortu oznacza świadome podejmowanie wyzwań, które znacznie wykraczają poza nasze codzienne przyzwyczajenia, rutynę czy poziom umiejętności. W społecznym obiegu panuje przekonanie, że pozostawanie w tzw. strefie komfortu oznacza utrzymywanie się wyłącznie w granicach tego, co znane i przewidywalne, a to ogranicza rozwój osobisty i może prowadzić do stagnacji i poczucia braku spełnienia, a zatem bez wychodzenia z strefy komfortu nie ma rozwoju. Pytanie tylko... czy rozwój naprawdę “lubi”, gdy dzieje się dużo, szybko i nagle? Zacznijmy od tego, że aby móc zamieszkać w swojej strefie komfortu, trzeba ją najpierw odnaleźć. Bo dla każdego to może oznaczać coś innego. Nie jest to łatwe, skoro większość z nas od lat głównie zajmuje się pogonią za nieuchwytnym celem lub walką o przetrwanie. Czy zmiany "lubią" zadziewać się poprzez nagłe i wielkie przewroty? Nie. Do zmian trzeba dojrzeć. Bo do tzw. "rozwoju osobistego" potrzeba dużo więcej niż dosłowne odbieranie sloganowych hasełek. To proces, który łatwiej można przejść posiadając swoją strefę komfortu. Zmiany "lubią" iść powoli, krok po kroku, z cierpliwością. Dlaczego? Bo np. wzorce, które chcemy zmienić, z jakichś powodów są właśnie takie, a nie inne i nie wzięły się znikąd. Nauczyliśmy się ich w toku doświadczeń. Zatem owe schematy, które obecnie nas "uwierają", kiedyś były nam prawdopodobnie potrzebne, do przetrwania w jakichś trudnych warunkach. Długo je praktykowaliśmy, regularnie ćwiczyliśmy i utrwalaliśmy schemat... aż stał się naszym automatyzmem. Zatem reagujemy w pewnych sytuacjach w taki, a nie inny (dobrze wyuczony) sposób z automatu, ale zdarza się, że kontekst naszego życia się zmienia i okazuje się, że te strategie, które kiedyś nam służyły, teraz przestały, nie sprawdzają się. Dlatego właśnie zmienianie ich jest tak wymagające emocjonalnie – bo dotyczy tych obszarów, w których to, co kiedyś działało, dziś przysparza nam trudności. Do tego generalnie nie lubimy zmian, dlatego oddalanie się od starego ku nowemu budzi w nas opór i wiele emocji, z lękiem na czele. Nie czujemy się wtedy komfortowo. Sam proces przyswajania wymaga też sporo czasu i pracy nad sobą by wyćwiczyć, utrwalić i zautomatyzować nowy schemat w miejsce tego, który się zdezaktualizował. Stąd niechęć, opór przed zmianą i chęć pozostania przy tym co znane i już oswojone nawet wtedy gdy nam to nie służy. Strefa komfortu to taki nasz "kaftan bezpieczeństwa", w którym się poruszamy mierząc się z wieloma aspektami życia codziennego – od relacji międzyludzkich, przez codzienne czynności, pasje, rytuały czy z pozoru prozaiczne wybory, po decyzje biznesowe, wpływające na naszą karierę oraz przyszłość. I co by tu nie mówić potrzebujemy swojej strefy komfortu dla poczucia bezpieczeństwa i regeneracji, ale... Zawsze jest jakieś ALE ...kluczowe jest balansowanie, znalezienie złotego środka. A to oznacza powolne przesuwanie granic – regularne, stopniowe poszerzanie ich i wychodzenie poza utarte schematy, aby uniknąć stagnacji, sztywności, zachowaczości i umożliwić wzrost. Zachowując jednocześnie możliwość powracania do swojej bezpiecznej bazy gdzie można się zregenerować. Opuszczając strefę komfortu, wystawiamy się na nowe doświadczenia, do których dotychczas nie potrafiliśmy się przełamać, decydujemy się na działania, które pozbawiają nas poczucia bezpieczeństwa, nierzadko wiążą się ze wzmożonym stresem i podejmowaniem ryzyka. I choć to wiele nas kosztuje i boimy się porażki to jednak porównywanie się z innymi, ta powszechna presja sukcesu, to nieustanne poczucie bycia niewystarczającym pcha nas do tego. Ciągle słyszymy żeby wychodzić ze strefy komfortu, cały czas rozwijać się, robić coś poza tym, co oswojone. Takie media społecznościowe zachęcają nas do ciągłej pogoni za doświadczaniem, posiadaniem, zdobywaniem kolejnych szczebli w karierze, tyle, że w gąszczu pięknych kadrów i ujęć łatwo zapomnieć o tym, że to jedynie wycinek często i tak wykreowanej rzeczywistości. Rutyna i codzienność nikogo już nie zachwyca...podziwiane i chwalone jest robienie niestandardowych rzeczy ponad miarę. Ciekawe czy ktoś się zastanawia z czego wynika ta pogoń, to ciągłe za mało, zrób więcej, lepiej ? Dlaczego naszą wartość nierzadko uzależniamy od liczby pełnionych funkcji, wykonywanych na co dzień zadań, posiadanych dóbr czy ekstremalnych wyczynów ? Może warto zastanowić się nad swoimi podstawowymi wartościami. Jeśli nie pamiętamy, kiedy ostatnio mieliśmy możliwość oddać się czynnościom, które je wyrażają, może to wskazywać na to, że wychodzenie ze strefy komfortu oddala nas od tego, co dla nas ważne? Pogoń za maksymalizacją korzyści czy to np. w zakupach czy byciu lepszym od innych, czy najlepszym w danej dziedzinie itp. wiąże się często z odwrotnymi skutkami niż zamierzone. Ta pogoń koreluje pozytywnie z depresją, perfekcjonizmem i żalem, a negatywnie ze szczęściem, optymizmem, poczuciem własnej wartości i zadowoleniem z życia. Bo przecież więcej nie oznacza lepiej. Mówią wyjdź ze strefy własnego komfortu! A po co ? A może ja tego nie chcę? To komunikat nie do każdego. Są osoby, które wychodzą ze strefy komfortu w nieodpowiednim momencie, tzn. takim, w którym nie mają na to zasobów, nie są na to przygotowane albo po prostu tego nie chcą. A robią to nierzadko w pewnym sensie przymuszone przez otoczenie, dialog społeczno-kulturowy czy trend w social mediach i wyczerpują tym swoje zasoby. Na jakimś etapie "budzą się" zmęczeni do granic wytrzymałości, z poczuciem niespełnienia z uczuciem życia nie swoim życiem. Wiem, żyjemy w czasach, w których dosyć trudno w strefie komfortu pozostać, ale nie dajmy się zwariować. Każdy z nas sam najlepiej wie co dla niego dobre. A przynajmniej wiedzieć powinien. Wystarczy się zatrzymać i zapytać siebie, wystarczy dać sobie czas i przestrzeń by przyjrzeć się sobie i temu co mamy co już osiągnęliśmy. Może zamiast gnać dalej zacznij "świętować" tzn doceniać i cieszyć się tym co masz ? W moim odczuciu dobrze jest praktykować wyjście ze strefy komfortu ale rozumiane jako doświadczanie nowych relacji, próbowanie nowych rzeczy, wchodzenie w nowe role – bo pozwala nam to aktualizować obraz samych siebie, nabywać umiejętności i doświadczeń, weryfikować dotychczasową wiedzę na swój temat. I to jest ok! Taka otwartość w nas też potrafi wyzwalać adrenalinę i dawać nam dowody na to, że nie zawsze właściwie oceniamy swoje możliwości. Pozwala pozytywnie się zaskoczyć i zweryfikować przekonania na swój własny temat ...

Myślę sobie, że trzeba zachować umiar z tym wychodzeniem ze strefy komfortu. To my musimy o tym decydować, kiedy i czy jest to dla nas korzystne. Jeżeli czujemy dyskomfort w takich sytuacjach, to trzeba zrezygnować. Przyjdzie odpowiedni czas i wtedy nie będzie to już takie trudne, ale ta decyzja musi zapaść w nas samych.
OdpowiedzUsuńTeż nie uważam, że muszę skoczyć na bugee, albo ze spadochronem lub wspiąć się na Mount Everest czy zostać drugim Rockefellerem. Po pierwsze to mnie nie kręci, po drugie lubię być sobą więc nie mam potrzeby skakać na łeb w otchłań , czy tonąć w oceanicznych głębinach by coś udowodnić sobie i światu. Wystarczy, że nasze życie jest swoistym "sportem ekstremalnym" i czy chcemy czy nie , co rusz wymusza na nas konieczność wyjścia ze swojej strefy komfortu. :) Myślę też, że jak człowiek ma poczucie swojej wartości, wie kim jest i czego chce, to nie musi podążać za "stadem" i nie ma potrzeby nikomu niczego udowadniać. Mało tego jeszcze bardziej dba o swoją strefę komfortu :)
Usuń