Chcemy być postrzegani jako dobrzy ludzie i nie ma w tym nic złego, jednak czasem to "bycie dobrym", wymyka się nam spod kontroli. Zatem z czego wynika ta nasza nadmierna chęć bycia dobrą/dobrym dla wszystkich. Z punktu widzenia psychologii podłożem są często deficyty z dzieciństwa i wyniesione zeń wzorce (np. warunkowa miłość rodziców, która dała przekonanie, że trzeba na nią zasłużyć, że jestem dobry tylko wtedy gdy inni są ze mnie zadowoleni ). Z braku asertywności i strachu przed konfliktem, z których wynika uległość i mówienie ludziom tego, co chcą usłyszeć, zamiast własnego zdania. Z przekonania, że trzeba być idealnym, aby zasłużyć na akceptację itp. Zatem chęć bycia zawsze i dla wszystkich dobrym wynika zazwyczaj z naszego lęku przed odrzuceniem i samotnością, wynika też z niskiej samooceny oraz silnej potrzeby aprobaty. Krótko mówiąc nasze "deficyty", których nie jesteśmy świadomi, bądź nie chcemy być sprawiają, że stajemy się takimi zadowalaczami innych. Co w konsekwencji często prowadzi nas samych do wypalenia emocjonalnego, ignorowania własnych potrzeb. A towarzyszący temu lęk przed byciem postrzeganym jako osoba egoistyczna sprawia, że brniemy w to... coraz bardziej. Finalnie gdy czujemy się już jak "rozładowana bateria" odczuwamy żal, mamy poczucia krzywdy, czujemy się wykorzystani i zranieni faktem, że nasza dobroć nie znajduje godnego uznania, że świat się nie odwdzięcza tym samym... i nasze dobro do nas nie wraca. Czujemy się zawiedzeni i rozczarowani ludźmi wokół nas. Czy słusznie ? Niekoniecznie, bo prawdziwa wdzięczność i "powrót dobra" rodzą się z bezinteresownego pomagania, a nie z oczekiwania nagrody. A my przecież mając swoje niedobory, niedowartościowania oczekiwaliśmy tej "nagrody" pod postacią akceptacji , uznania, doceniania, zauważenia nas przez innych. Zamiast zmienić perspektywę i skupić się na budowaniu własnej wartości i akceptacji siebie, szukaliśmy potwierdzenia swojej warości w innych... bo nie mieliśmy jej w sobie. Trudno też nam było zrozumieć, że inni widzą nas tak, jak my sami siebie widzimy, że nasze wewnętrzne przekonania o sobie – niska samoocena lub pewność siebie – są nieświadomie projektowane na zewnątrz i odzwierciedlane w zachowaniu innych ludzi wobec nas. Jeśli nie szanujemy siebie inni też nas nie szanują - proste. Gdy nigdy nie pokazujemy "zębów"... wszyscy zakładają, że ich nie mamy. Każde " TAK " dla innych to " NIE " dla siebie. A jeśli rozdajemy to "TAK" /bez ograniczeń/ wszystkim, sami koniec końców zostajemy z niczym. Tak naprawdę ludzie nie widzą naszego serca, tego co czujemy. Widzą obraz, który im pokazujemy. Inni ludzie traktują nas dokładnie tak, jak my sami traktujemy siebie, często bez słów odbierając naszą energię i postawę. Jeśli wyglądamy na słabszych nikt nie doceni naszej dobroci. Będą nas lekceważyć ignorować, wykorzystywać, traktować jak narzędzie. Większość widzi kim się wydajemy... niewielu widzi kim jesteśmy naprawdę. Dlatego używajmy dobroci strategicznie /jak broni a nie jak tarczy/, pokazujmy dobroć wtedy gdy tego chcemy a siłę wtedy gdy musimy. Dobroć, uczciwość, hojność to wszystko są cnoty ale jeśli używamy ich ślepo i w nadmiarze one nas niszczą. Tak to już jest, że to co rzadkie jest cenne to co obfite traci wartość...

Zgadzam się, że nadmierna chęć bycia „dobrym dla wszystkich” często wynika z wewnętrznych braków i lęku przed odrzuceniem, a nie z prawdziwej potrzeby pomagania. To, co mnie szczególnie uderzyło w Twoim komentarzu, to uwaga, że nasze „TAK” dla innych jest w rzeczywistości „NIE” dla siebie – to tak proste, a jednocześnie tak łatwo o tym zapomnieć w codziennym życiu. Podoba mi się też Twój wniosek, że dobroć powinna być świadoma i strategiczna – nie jako ślepa ofiarność, ale jako wybór, który chroni nas samych i daje szansę na realny wpływ. To bardzo wartościowe przypomnienie, że dbanie o siebie nie jest egoizmem, tylko fundamentem, by móc być naprawdę dobrym dla innych.
OdpowiedzUsuńTak, to bardzo dobry temat. Myślę, że zawsze jest potrzebny umiar, taki złoty środek w czynieniu dobra. Potrzebna jest ta świadomość, o której piszesz, pewnego rodzaju kalkulacja, czy to "tak" nie będzie mnie zbyt kosztować, bo zabieram coś sobie samej.
OdpowiedzUsuń